Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 marca 2017

O tym jak Marysia pojawiła się na świecie.

Przyszedł czas aby opowiedzieć o tym, jak nasza rodzinka powiększyła się o kolejnego małego chochlika ;)

Termin porodu miałam wyznaczony na 19 stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że jest to termin umowny, jednak podświadomie wyznaczamy sobie taką właśnie granicę. Ten dzień staje się ważniejszy od innych, na ten dzień się czeka. Gorzej jeśli wyznaczony termin minie. W przypadku Michałka poród przesunął się o cztery dni. Marysia jednak nie zamierzała wyjść w okolicach wyznaczonego 19-go stycznia. Minęły kolejne cztery dni i nic. Stawałam się coraz bardziej nerwowa. Gdy minął tydzień postanowiłam pojechać do szpitala. Tam jednak powiedzieli, że mnie na razie nie przyjmą, a jeśli nic się nie wydarzy samo to mam się stawić za dwa dni (wypadało to w piątek). Tego samego dnia po południu udało mi się jeszcze wskoczyć na prywatną wizytę do ginekologa. Od niego dostałam skierowanie na wywołanie porodu. Szczerze mówiąc byłam załamana. Całą ciążę przechodziłam bez komplikacji i uciążliwych objawów. Ciąża wręcz książkowa, po pierwszym naturalnym porodzie miała się zakończyć sztucznym wywoływaniem, od którego często bardzo blisko do cesarki. Stresowałam się strasznie, pozbyłam się nadziei, że coś zacznie się samo. Skurcze przepowiadające miałam od dwóch tygodni, więc te które pojawiły się w nocy z czwartku na piątek też nie zrobiły na mnie wrażenia. Rano szykowałam się do szpitala jak na ścięcie.  Na izbie przyjęć standardowe formalności, opaska na rękę… Siedziałam z mężem na korytarzu i czekałam na kolejne badania. Najpierw ktg bez skurczy, potem badanie ginekologiczne. Na tym badaniu usłyszałam to jedno zdanie, o którym marzyłam: „Jeśli nic nie samo nie zacznie, to w poniedziałek wywołanie.” Mój wyrok został odsunięty. Znów pojawiła się u mnie nadzieja, a nawet pewnego rodzaju przeczucie, że Marysia jednak się namyśli, tym bardziej, że od czasu do czasu czułam coraz mocniejsze skurcze przepowiadające. Potem czekałam jeszcze w sali aż do szpitala przywiozą nowy sprzęt do USG, w związku z czym miałam to badanie wykonane wyjątkowo dokładnie, bo ordynator uczył się na mnie obsługi sprzętu :) Od tego momentu poczułam już spokój. Tak jakbym pogodziła się z tym, że wydarzy się to co ma się wydarzyć i nie ma sensu się przejmować. Wykorzystałam ten piątek do wieczora na odpoczynek, zrelaksowanie się przy książce, bo nie oszukujmy się, chwila ciszy bez dziecka u nogi jest cenna ;) Tym bardziej, że warunki w szpitalu były bardzo dobre, więc czułam się swobodnie.

Spokój był do wieczora. Przed obchodem czułam, że skurcze, które pojawiły się kilka razy w ciągu dnia, a na popołudniowym ktg w ogóle się nie zapisały, zaczęły się nasilać. O godzinie 19 postanowiłam je liczyć. Używałam do tego aplikacji na telefon, którą przy okazji  bardzo polecam, bo znacznie ułatwia zorientowanie się ile trwa skurcz i jak często się pojawia. Wystarczy tylko klikać start i stop. Do godziny 23 naliczyłam 20 regularnych skurczy krzyżowych, które z czasem się nasilały. Poszłam więc do położnych, żeby je o tym poinformować. Jedna z nich mnie zbadała, rozwarcie powiększyło się z jednego do dwóch centymetrów. Postanowiono podać mi środek przeciwbólowy. Usłyszałam, że jeśli to poród to za dwie godziny urodzę, a jeśli tylko skurcze przepowiadające to przejdą i przynajmniej się wyśpię przed akcją porodową, która może się zacząć np. następnego dnia. Po zastrzyku skurcze nie tylko nie przeszły, ale pojawiały się częściej i były coraz silniejsze. Pomiędzy kolejnymi falami bólu usypiałam, żeby obudzić się tylko po to, żeby oznaczyć kolejny skurcz w aplikacji. Dwadzieścia minut po północy, kiedy skurcze pojawiały się co 3 minuty postanowiłam, że czas się w końcu zbadać bo jeszcze zacznę rodzić w sali. Okazało się, że mam rozwarcie na 6 cm. Kazano mi wziąć z sali wodę i skierowano mnie na trakt porodowy. W międzyczasie zadzwoniłam jeszcze do męża, który czekał w domu na rozwój sytuacji. W drodze na salę porodową rozchadzałam kolejne skurcze. Młoda położna rozmawiała ze mną, że jeśli tak mi lepiej to położę się tylko na chwilę na ktg i potem będę mogła spacerować, żeby lepiej znieść ból. Byłam jej wdzięczna. Tylko, że żadna z nas nie spodziewała się takiego rozwoju sytuacji jaki nastąpił.

Kładłam się na łóżko porodowe w przerwie między skurczami, wkłuto mi wenflon, podłączono ktg. Kolejny skurcz zapisał się na maszynie. Położna mnie zbadała i powiedziała, że chyba już nie zdążę sobie pochodzić. Ja już nawet nie chciałam. Czułam, że już nie dałabym rady utrzymać się na nogach. Położna odłączyła ktg, a mi odeszły wody. Po tym akcja ruszyła z kopyta. Położna biegała dookoła mnie rozkładając łóżko do porodu i kazała mi oddychać. Mąż wpadł na salę w ostatniej chwili, łóżko rozłożone w połowie, a już kazano mi przeć. Oczy miałam już zamknięte. W głowie tylko polecenia położnej i za chwilę o godzinie 0:50 usłyszałam już płacz naszej córeczki. Zmęczona i otumaniona, ale szczęśliwa przytuliłam ją z dziwnym wrażeniem deja vu. Mała okazała się być bardzo podobna do swojego starszego brata. Uśmiechałam się do tej myśli. Mąż też szczęśliwy, ale blady został wygoniony przez położne, żeby nie zemdlał ;) Poszedł obdzwonić rodzinę i znajomych, co chwilę słysząc: „ale jak to? Już?” J Położna śmiała się, że następny poród to przy pierwszych skurczach to od razu do szpitala bo nie zdążę. Podobno jestem stworzona do rodzenia :P

Córeczka urodziła się naturalnie (!) w sobotę 28 stycznia, ważyła 3400g i miała 55 cm. Urodziła się z pępowiną owiniętą wokół nóżki i jak się okazało, na pępowinie był supeł. Dostaję dreszczy na samą myśl, że mógł on się zacisnąć już w brzuchu odcinając dziecku tlen. Jednak okazuje się, że wymodlona u Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej córcia Maria Klara ma potężną patronkę, która o nią zadbała.

Teraz maleństwo ma już 5 tygodni, które minęły nawet nie wiem kiedy. Wodzi już wzrokiem za zabawkami i uśmiecha się do nas od czasu do czasu. Jest pogodnym i zdrowym niemowlakiem. Michaś bardzo dobrze zniósł pojawienie się siostrzyczki i bardzo lubi na nią patrzeć i ją przytulać. Mówi o niej „moja ukochana Mimisia” :) Dla matki to ogromna radość patrzeć na swoje dwa małe szczęścia. Nie wyobrażam sobie już życia bez tej swojej dwójki i każdego dnia dziękuję Bogu za to, że je mam :)

piątek, 6 czerwca 2014

14 maja 2014 - ten jeden wyjątkowy, przełomowy dzień :)

No i stało się. Naprawdę jestem mamą... Minęły już 3 tygodnie, a ja wciąż nie mogę uwierzyć. Patrzę na mojego synka i myślę jakie to wszystko niezwykłe i jak bardzo jestem szczęśliwa. I jak wyjątkowy był ten jeden dzień:

Zaczęło się w nocy z wtorku na środę (13 na 14 maja) o godzinie drugiej. Poczułam pierwsze skurcze pojawiające się co 10 minut. Nie do końca byłam pewna, czy to już to… Około 8 postanowiłam wziąć kąpiel. Wtedy skurcze się rozregulowały i w końcu zniknęły. Lekko zawiedziona położyłam się spać. Mąż jednak na wszelki wypadek wziął tego dnia wolne i został ze mną w pogotowiu. Po części byłam nawet zła, że to pewnie były tylko przepowiadacze i mąż zmarnuje dzień urlopowy… Ale zaczęło się… o 13-ej powróciły skurcze. Najpierw co 20 minut, potem co 15, co 10… Przy skurczach co 9 minut, około 16-ej mąż postanawia, że wiezie mnie do szpitala. Trochę się opierałam, ale w końcu uległam. Bóle krzyżowe męczyły mnie bardzo i chciałam się dowiedzieć czy to już to. Na izbie przyjęć na ktg złapały się dwa skurcze, rozwarcie 1,5 cm. Pani doktor powiedziała, że nie można jeszcze jednoznacznie stwierdzić czy te skurcze nie wygasną, a że mieszkam 10 minut od szpitala, odesłała mnie do domu, żebym „nie kwitła niepotrzebnie na porodówce”. No to wróciłam i miałam się obserwować… Skurcze jednak nie znikały, bolało bardzo i coraz częściej. Nie byłam w stanie liczyć czasu pomiędzy skurczami, ta robota spadła na męża. Pomiędzy skurczami usypiałam na siedząco, bo tylko w tej pozycji ból był znośniejszy. Przez ponad półtorej godziny skurcze były co 5-6 minut, a ja nie widziałam żadnego plamienia, wód płodowych, nawet czop nie odszedł. Dlatego nie mogłam uwierzyć w to, że to już się dzieje. Ciągle myślałam, że to przepowiadacze. Mąż się uparł i zawiózł mnie o 21 do szpitala. Tam na ktg było już wyraźnie widać, że coś się dzieje. Zmierzono mi biodra, usłyszałam: „idealne”. Rozwarcie 4 cm i decyzja: „przyjmujemy panią na oddział”… Z jednej strony ulga: nie odsyłają mnie, rodzę… z drugiej strony lęk: co teraz? Czy dam radę? Na jednoosobowej sali porodowej miła położna i wielkie łóżko. Podłączyli mnie do ktg, podali oksytocynę (nie wiem w sumie po co). Leżałam na boku i czekałam na kolejne skurcze. Mąż był ciągle przy mnie. Położna mnie zbadała i okazało się, że nie mam 4 cm rozwarcia tylko już 6. Lekarka musiała źle zmierzyć. W międzyczasie „przemiła” pani wypytywała mnie o jakieś szczegóły typu pierwsza miesiączka itp. Okropnie mnie to wkurzało, bo w czasie skurczu nie mogłam nic mówić, a babka miała przecież moją kartę ciąży, a i tak niecierpliwie domagała się kolejnych odpowiedzi na pytania. Na szczęście nie było ich dużo. Skurcze były coraz silniejsze. Położna kręciła się w pobliżu, ale dawała mi taką pewną przestrzeń prywatności. Mąż siedział przy mnie, trzymał za rękę, głaskał po głowie i uspokajał, zwłaszcza przy skurczu. Był dla mnie ogromnym wsparciem, a bolało coraz bardziej… Za każdym razem gdy czułam, że zbliża się skurcz, załamywałam się, że znowu będzie bolało. Ale o dziwo… dałam radę. W końcu usłyszałam od położnej: „jeszcze 3 skurcze i próbujemy przeć”. Zwyczajnie się na to ucieszyłam. Odliczałam… jeden skurcz, drugi i zaraz koniec. Minął trzeci skurcz, czułam już spore napieranie główki. W końcu dostałam „pozwolenie” na parcie. Byłam zmęczona, ale dawałam z siebie wszystko. Mąż, pomimo wcześniejszych ustaleń, że raczej przy samym parciu wyjdzie z sali, żeby nie zemdleć… został ze mną. Jeden skurcz, drugi… „bardzo ładnie pani Karolino” – słyszę – "już widać główkę". No i nareszcie o 23:05 usłyszałam płacz, mój wielki brzuch zniknął, przestało boleć… Położna wytarła mojego synka, dała mu 10 punktów i położyła go na mnie. Poczułam to małe ciałko na swoim brzuchu, potem na piersi jak natychmiast zaczął ssać. Nic mnie już nie interesowało. Łożysko wyszło w całości, podobno bardzo ładne. Miałam pęknięcie 2-go stopnia, więc męża wyproszono z sali, a mnie trochę zszywano. A ja tylko patrzyłam na mojego synka. Potem mieliśmy już czas tylko dla siebie. Mąż wrócił, uprzednio obdzwaniając wszystkich członków rodziny, i spędziliśmy mnóstwo czasu tylko we troje. Szczęśliwi. Ze szpitala wyszłam w sobotę, przyjechała moja mama (z drugiego końca Polski) i przez dwa tygodnie pomagała mi wszystko ogarnąć sama ciesząc się wnukiem.
  Mój synek jest grzeczniutki. Pięknie je, dużo śpi, prawie nie płacze. Wymarzone dziecko. No i oczywiście jest najpiękniejszy na świecie, a ja jestem najszczęśliwszą mamą :)