poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Sezon na "bez czapeczki".

Mamy wiosnę, nie da się ukryć. Jak tylko temperatura podskoczyła powyżej 10 stopni, w internecie pojawiły się hasła typu: "Sezon na 'tak bez czapeczki?' uważam za otwarty". No tak, tak to już jest, że możemy na ulicy spotkać wielu doradców i to przecież oni wiedzą najlepiej, co jest dobre dla naszego dziecka ;) Stąd też często pojawiające się pytanie od obcych "A dlaczego bez czapeczki? Przecież to zimno!" Znacie to? Ja osobiście od nikogo (prócz oczywiście mojej mamy ;) ) czegoś takiego nie słyszałam. Ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają. A wiecie co sobie o tym myślę? Uważam, że w tym okresie pogoda może być jeszcze zdradliwa. Fakt, że na termometrze widnieje 15 lub więcej stopni nie zmienia tego, że mamy dopiero początek kwietnia i aura bywa zmienna i kapryśna, a odczuwalna temperatura i tak jest inna zwłaszcza przy wietrze. Mieliśmy kilka bardzo ciepłych dni. Na termometrach 20 stopni, dzieciaki latały porozbierane do samych koszulek, a ja jakoś tak w cienkiej kurtce mimo wszystko czułam się lepiej. I mój synek też miał na głowie czapkę. Oczywiście już cieniutką, ale jednak. Mówią, że ciepło ucieka przez głowę. Może coś w tym jest. Mi osobiście ucieka przez stopy :D Ale wracając do tematu. Przedwczoraj np. widziałam na spacerze małe, na oko 8 miesięczne dziecko, bez czapeczki, a temperatura była nieciekawa. Przede wszystkim z powodu wiatru. Oczywiście nie zamierzam nikogo pouczać jak ma ubierać swoje dziecko, ale uważam, że to troszkę nieodpowiedzialne. Może i takie dziecko się nie przeziębi, może rodzice je hartują i nie zmarznie, ani nawet noskiem z katarem nie pociągnie. I dobrze. Mnie się po prostu wydaje, że przy wietrze i średnio wysokiej temperaturze, nawet w słoneczku takiemu dziecku może być po prostu nieprzyjemnie. Tak zwyczajnie. Przecież taki maluszek nawet za bardzo włosków nie ma, które by go tak jakoś otuliły. Ja sama czasem się czuję niekomfortowo bez chociaż opaski na uszy. A włosów do osłony trochę mam. Dlatego mój synek jeszcze chodzi w czapce. I bardzo ją lubi i nie daje sobie zdjąć nawet w windzie. Gdyby mu było za gorąco pewnie by mi chciał ją oddać. A chyba tak jest mu dobrze. I życzę wszystkim dzieciom, żeby im też było dobrze. O! W czapce czy bez! ;)

A Wy co o tym sądzicie?

sobota, 13 lutego 2016

Chochlikowa mama tworzy

Dzisiaj trochę mamusinej prywaty :) Jak już się przyznałam w komentarzu do poprzedniego posta, jestem handmade'ową maniaczką. Wydaje mi się, że każda kobieta, a przynajmniej większość, ma w sobie taką naturalną chęć do tworzenia czegoś ładnego własnymi rękami: do szycia, dziergania, malowania. I ja też nie jestem wyjątkiem. Jedynym moim problemem jest to, że chciałabym zająć się na raz wszystkimi możliwymi technikami rękodzielniczymi. Poza moim zasięgiem wciąż jest scrapbooking, quilling, filcowanie i w dużej mierze też szycie. Wszystko z braku czasu i często też pieniędzy na materiały. Tak to czasem bywa, że rękodzieło to nie tylko tworzenie pt. "coś z niczego" ale często też potrzeba do niego wielu przyrządów, które do najtańszych nie należą. Ja póki co wciąż się uczę, próbuję i ćwiczę i nie uważam, żebym odnosiła jakieś wielkie sukcesy i wciąż widzę wiele niedoróbek w tym co robię, ale wywołana do tablicy muszę w końcu pokazać co takiego tworzę :)

Decoupage
Zaczęłam tworzyć na studiach. Wtedy koleżanka z roku pokazała mi czym jest decoupage i wykonała dla mnie w tej technice dwa pudełka. Zauroczona wyglądem tych dzieł postanowiłam sama spróbować i pod choinkę zażyczyłam sobie od mamy pierwszy zestaw do podstawowych prac tą techniką. I tak powstały takie oto dzieła:


piórnik



ramka na dzień babci

dla malutkiej siostry ciotecznej
















personalizowane wieszaki ślubne



szkatułka dla druhny

pudełko na obrączki


Szydełko
Podczas wakacji postanowiłam, że muszę nauczyć się robić na szydełku. Pojechałam do babci i stałam się posiadaczką książek o robieniu na szydełku i na drutach oraz nauczyłam się podstawowych technik szydełkowania. Niestety nie mam żadnych zdjęć ponieważ do tej pory tworzyłam tylko fragmenty serwetek dla ćwiczeń, które potem prułam dla odzyskania z powrotem wykorzystanej nici ;)

Papierowa wiklina
Tu również nie posiadam zdjęć ponieważ dopiero zaczęłam się w to bawić i jak na razie zrobiłam tylko jeden koszyk, którego jeszcze nie pomalowałam i poza tym wyszedł krzywy ;) Ale polecam tworzenie z papierowej wikliny ze względu na cenę. Otóż do wyrobów tego typu potrzebujemy tylko czasu, chęci i gazet. Ja zrobiłam swój koszyczek z gazetek reklamowych supermarketów, których zawsze mam pełno, a które zawsze lądowały w koszu. Mam nadzieję, że wkrótce nauczę się tworzyć tak piękne rzeczy jak te które można znaleźć w internecie.
Druty
Moja najnowsza miłość ;) Na drutach nauczyłam się robić sama. No prawie. Na pewno widzieliście reklamę kolekcji gazetek o robieniu na drutach. Tę z wielu w których tanie są tylko pierwsze dwa numery, a zaprenumerowanie wszystkich skutkowałoby wzięciem kredytu :) Ja się skusiłam na te pierwsze dwa i po prostu się zakochałam w robieniu na drutach. Jak na razie zrobiłam tylko ocieplacz na kubek, a potem chciałam zrobić pokrowiec na komórkę, ale okazał się za mały i cały znów zamienił się w motek wełny :) Ale już mam pomysły na różne rzeczy, a robienie na drutach okazało się łatwe, ciekawe i odprężające.


No i to już wszystko. Na razie, bo ciągle mam zapędy, żeby tworzyć więcej i więcej. I tak jak zaczęłam od decoupage'u - mojej pierwszej handmade'owej miłości, która jako pierwsza, zawsze będzie najważniejsza, jednak w tym temacie zdrady są dozwolone i pewnie dopuszczę się jeszcze nie jednej ;)

wtorek, 9 lutego 2016

Mania układania.

Nasz chochlik jest dzieckiem trudnym do opanowania. Nie da się go zająć na dłużej niż 20 minut, nie ważne czy bawi się sam czy z kimś. Szybko się nudzi i zaraz chce robić co innego. Niektóre rzeczy, które wydawałyby się dla niego atrakcyjne, po 5 minutach okazują się do niczego. No tak to już jest z tym moim synkiem. Wśród zabaw, które Michaś sam sobie wynajduje jest układanie. Wszystkiego. Najczęściej samochodów, które pokochał z dnia na dzień i są teraz zabawką numer jeden. Codziennie po kilka razy je wyciąga, każe puszczać po podłodze, lub puszcza je sam, a potem następuje 15-minutowe układanie, ustawianie, przestawianie, przekładanie...





Czasem do układania nadają się też inne rzeczy jak na przykład kredki



Albo mamusine przyrządy do rękodzieła



I tak w ciągu dnia z jeden strony mamy totalny chaos organizacyjny, a z drugiej chwilę ciszy i spokoju na układanie. Cóż za harmonia... ;)

czwartek, 4 lutego 2016

Bo wszystko jest po coś.

Długo się zbierałam, żeby napisać tego posta i w ogóle wrócić do bloga. Pominę fakt, że nasz chochlik z biegiem czasu robi się coraz bardziej wymagający i zmęczenie po całym dniu daje o sobie znać w postaci wstrętu do siadania przy klawiaturze. Ale nie o tym dziś chciałam...

Bo uważam, że wszystko jest po coś. Każde wydarzenie w naszym życiu, nawet to, po ludzku patrząc, najgorsze, jest nam potrzebne. Za przykład mogę podać wydarzenia z mojego życia sprzed 10 lat. Pierwsza klasa liceum, w klasie fajny chłopak, dobrze nam się rozmawia, dostaję prezent urodzinowy, mam dużo nadziei... I nagle trach! chłopak ów przestaje się do mnie odzywać, omija mnie, ja oczywiście załamana. Jak to w tym wieku bywa. Było mi po prostu smutno i przykro. No bo czemu nie mogę jak inni być z kimś, kochać, być kochaną itp. Z biegiem lat gdy wspominam ten czas to widzę, że ten smutek był po coś. To nasze rozejście się i brak kontaktu z jego strony zaowocowało tym, że zwróciłam uwagę na kogoś innego, jak się potem okazało, na tego, który był mi pisany... Tak, mówię tu o swoim mężu. Znamy się już 10 lat, niedługo trzecia rocznica ślubu. I pomyśleć, że to co miłe wykluło się z tego co przynosiło przykrość.

We wrześniu znów przeżyłam taką przykrość. Zaczęło się od tego, że zrobiłam test ciążowy, który wyszedł pozytywny. Nie spodziewałam się, że tak z marszu w pierwszym miesiącu starań już się uda i nawet byłam trochę zaskoczona. Z jednej strony się cieszyłam, a z drugiej czułam lęk, niepewność - czy i jak sobie poradzimy, bez rodziny, bez pomocy, z dwójką dzieci, kiedy to pierwsze miało dopiero rok i cztery miesiące. Muszę się przyznać, że były takie dni kiedy zmuszałam się do myśli "będzie dobrze, damy radę" zupełnie inaczej niż w przypadku pierwszej ciąży, która była wyczekana i wymodlona ;) Z wizytą u lekarza zwlekałam do przynajmniej 7 tygodnia, żeby już coś było widać usg. I tak w siódmym tygodniu wieczorem, na kilka dni przed telefonem do rejestracji na wizytę zaczęłam delikatnie plamić. Zadzwoniłam do ginekologa, po kilku pytaniach uznaliśmy, że nic wielkiego chyba się nie dzieje, bo plamienie słabe, brzuch mnie nie boli więc się trochę uspokoiłam. Niestety, plamienie zmieniło się w krwawienie. Spanikowałam, pojechałam na izbę przyjęć do szpitala. Tam się okazało, że ciąża jest tak wczesna, że na usg nie można nic stwierdzić poza pęcherzykiem ciążowym. Trzeba było robić badania z krwi. Na wyniki czekałam ponad godzinę, w tym czasie krwawienie ustało. Ciąża potwierdzona, nie krwawię, wróciłam do domu pełna nadziei. Niestety, przed samym pójściem spać, znów zauważyłam trochę krwi, położyłam się z nadzieją, że to minie i już wszystko będzie dobrze. Nie było. W środku nocy, o 2 byłam już przyjmowana na oddział patologii wczesnej ciąży z krwawieniem wyglądającym jak normalna obfita miesiączka. Położyli mnie na sali z dwiema ciężarnymi czekającymi na cesarkę (na zwykłej patologii nie było dla nich miejsca). Kroplówki, leki, nic nie pomagało. Przeleżałam z szpitalu trzy dni z ciągłym krwawieniem i wypisem na którym odnotowano "poronienie samoistne całkowite". Nie wiem co działo się w mojej głowie. Nie byłam załamana, nie przeszkadzało mi szczególnie to, że koleżanki z sali poszły rodzić, nawet je potem odwiedzałam i oglądałam ich dzieci. Wszystkim w miarę spokojnie opowiadałam co się stało, a denerwowałam się tylko głupim czekaniem na wypis. Chyba nie do końca do mnie to wszystko docierało. Nie związałam się w żaden sposób z tym dzieckiem, nie widziałam go na usg, nie słyszałam bicia jego serca. Być może to dawało mi względny spokój w tej sytuacji. Psychicznie nie czułam się jeszcze do końca jako ciężarna. Dopiero w domu, po paru dniach, przepłakałam jeden wieczór. I bardzo mi to pomogło. Z całkowitym pogodzeniem się z tą sytuacją pomogła mi jednak przede wszystkim wiara w Boga. Wiem, że nie każdy to zrozumie, ale ja wiedziałam, że tak po prostu miało być. Może miało mnie to upewnić w tym, że ja naprawdę chcę tego drugiego dziecka, bo nie mam już żadnych wątpliwości co do tego. Może po jakimś czasie wspomnę, że to co mnie spotkało, było dla mnie dobre i  odmieniło moje życie.

Wiele jest takich drobnych czy poważnych sytuacji, gdy patrząc wstecz możemy sobie powiedzieć "dobrze się wtedy stało, bo teraz jest lepiej." Kiedyś usłyszałam, że Bóg zawsze chce dla nas jak najlepiej i każdą, nawet najgorszą, z ludzkiego punktu widzenia, sytuację przekuwa tak, że jest tylko lepiej. I ja głęboko w to wierzę i czekam cierpliwie na błogosławieństwo w postaci drugiej ciąży, ciesząc się i dziękując Bogu, że mam już przy sobie jednego, cudownego synka.

piątek, 14 sierpnia 2015

15 miesięcy!

Dziś nasz kochany chochlik skończył 15 miesięcy. Szaleńczo biegnący czas spowodował, że i na blogu mnie zabrakło na długie 4 miesiące. Michaś stał się tak wesołym i wszędobylskim maluszkiem, że nieraz komputer stał nieużywany przez tygodnie. W ciągu dnia brakowało czasu, a wieczorami siły, by cokolwiek naskrobać. Ale postaram się to zmienić. Za to za karę wysilę się i na 15 miesięcy wypiszę w 15 punktach co się u nas działo :)

1. Maj był już dawno, ale trzeba wspomnieć, że 14 maja Michałek obchodził pierwsze urodziny :) Ponieważ ten dzień wypadał na tygodniu, "imprezę" przełożyliśmy na sobotę - 16 maja. Był tort z obowiązkową sówką,
była świeczka, najbliższa rodzina i wspaniała atmosfera. Michałek był bardzo pogodny i uśmiechnięty, tylko trochę bał się ognia ze świeczki :)






2. Na koncie mamy już 4 piękne ząbki i właśnie w tym momencie idzie nam piąty... Tak, nocki są ciężkie ;)

3. Michałek wciąż jest cycuszkowym chochlikiem. Ssie pierś dwa, czasem trzy razy dziennie i wciąż budzi się w nocy, żeby się do cyca przytulić. Czasem są to trzy pobudki, a niedawno miał etap budzenia się po sześć, czasem siedem razy. I za każdym razem szarpał mnie za bluzkę i nie chciał inaczej usnąć.

4. Kiedy Michaś miał niespełna 13 miesięcy przemaszerował sam od stołu do komody. I nawet tego nie zauważył :) Kilka dni później jeszcze chwiejnie, ale już chodził wszędzie. To były niesamowite dni. Gdy przyglądałam się jak mój malutki synek uczy się takich trudnych rzeczy i pokonuje trudności, kręciła się w oku łezka :)

5. Co do nauki, to nasz chochlik umie i rozumie już bardzo dużo rzeczy. Tak dużo, że ciężko je zliczyć, ale spróbuję: udaje ryk lwa, pokazuje jak sroczka robi tu tu tu i frrr, bije brawo, kiwa główką na tak i na nie, pokazuje jaki jest duży, robi tany tany podnosząc rączki w górę albo kręcąc się w kółko, pokazuje paluszkami różne obrazki w książeczkach i przedmioty, wie gdzie są jakie pomieszczenia w mieszkaniu, wyrzuca śmieci do kosza (i rozumie, gdy go o to poproszę), poproszony o wytarcie podłogi gdy wypluje picie, przynosi ściereczkę i wyciera :) umie zrobić "amen" i próbuje wykonać znak krzyża, robi pa pa i wiele, wiele innych rzeczy których już teraz nie pamiętam...

6. Jeśli chodzi o spanie, to Michałek wstaje pomiędzy 6 a 7 rano, usypia około 10.30 na mniej więcej 2,5 - 3 godziny i usypia, na rękach..., o 20.30

7. Nie mogę narzekać na brak apetytu u mojego synka. Zje praktycznie wszystko co mu podam (chociaż w różnych ilościach) a także to czego mu nie podam, a sama mam na talerzu. I tak do posiłków doszły np. kiszone ogórki czy serek ziołowy na kanapkę, bo jak to mama ma, a ja nie spróbuję? ;)

8. Od pewnego feralnego dnia nie podaję za to Michałkowi groszku. Otóż, w pewnym kupnym obiadku synek zjadł zielony groszek i przykleiła mu się do żołądka skórka. Przez półtora dnia zmagaliśmy się z zatruciem: biegunką, wymiotami, brakiem jedzenia. Michaś ssał tylko pierś, a potem już nawet tego nie mógł przetrawić. Zwracał wszystko. Nawet trzy łyki wody. Każdy lek. Prawie cały czas spał. Bardzo było przykro na to patrzeć. Na szczęście dość szybko to minęło...

9. Jeszcze w temacie jedzenia to Michaś umie już bardzo ładnie trafić łyżeczką do buzi i coraz więcej posiłków je samodzielnie. Przynajmniej na początku ;)

10. Codziennie spacerujemy przynajmniej pół godziny bez wózka. Michałek biega po chodniku, zbiera wszystkie brudy i jest szczęśliwy. Często chodzimy też na plac zabaw gdzie jego królestwem jest piaskownica.

11. Michaś potrafi wybrać sobie czy kogoś polubi, czy nie. Są ludzie do których uśmiecha się tylko z daleka, a przy bliższym kontakcie chowa się za mnie i kręci główką na "nie". Ale są też tacy ludzie do których chętnie się uśmiecha, podaje rączkę na "cześć" i daje zabawki :)

12. Gdy jesteśmy na spacerze, synek musi mi pokazać każdego jednego psa i patrzeć na niego gdy szczeka. Za to w domu gania za kotem i ściąga go za ogon z parapetu :) Bardzo lubi zwierzaki i obok samochodów, bawi się pluszakami i figurkami zwierzątek, które chodzą po podłodze i robią "tapu tapu".

13. Nie, mój mały chochlik nie mówi. Dużo rozumie i pokazuje, ale mówi tylko "be" gdy coś jest brudne, lub trzeba to wyrzucić. Poza tym nie reaguje na żadne: "Michaś, powiedz..."

14. Kiedy w ciągu dnia, mama potrzebuje chwilki wytchnienia, czyli musi pozmywać, lub coś ugotować bez wiszącego u nóg małego potworka, włączamy z you tube'a piosenki, które Michałek ubóstwia. Uwielbia do nich tańczyć, słuchać gdy mu je śpiewam i opowiadam co się w nich dzieje. Same piosenki są po angielsku, ale i ja osobiście bardzo lubię ich prostotę i to, że są ciekawe i kolorowe i mimo, że nie są w języku ojczystym, puszczam je Michałkowi od czasu do czasu. Dla zainteresowanych link do ulubionego zbioru Michałka: https://www.youtube.com/watch?v=CG8F-6dZk8k

15. Na koniec to, co Michałek lubi najbardziej czyli... książki! Mamy już ich całkiem sporą kolekcję i ciągle pojawiają się nowe. Mama nie może się oprzeć gdy widzi w sklepie nowe, ciekawe książeczki ;) Uważam, że to najlepsza z możliwych rozrywek, wspomagająca rozwój mowy, wyobraźni, więzi między rodzicem a dzieckiem. Nasz synek od razu po tym jak się budzi idzie do pudełka z książeczkami i wybiera jakąś, po czym przynosi nam i pokazuje gdzie mamy z nim usiąść i poczytać. Po przeczytaniu tekstu pokazuje paluszkiem na obrazki, żeby opowiadać mu co na nich jest. Widać, że czytanie sprawia mu przyjemność i nie ma jednej ulubionej książeczki. Po prostu czytamy wszystkie w różnych konfiguracjach.

Uff... ale się tego narobiło przez 4 miesiące przerwy. Mam nadzieję, że miło Wam się czytało o tym co się u nas dzieje. Postaram się już teraz pisać regularniej, wtedy będzie mniej chaotycznie :)

środa, 15 kwietnia 2015

Zaległości

No właśnie, narobiło mi się zaległości na blogu. A to wszystko przez to, że wynajęliśmy inne mieszkanie. I jak to przy przeprowadzce mieliśmy masę roboty, zwłaszcza, że przy małym dziecku roboty jest dwa razy więcej ;) Mieszkanie mamy takie same jak poprzednie jeśli chodzi o metraż, natomiast zmieniło się to, że wcześniej mieszkaliśmy praktycznie w jednym pokoju, bo drzwi były tam tylko do sypialni i to przesuwne, a do tego kiepsko chodziły. Reszta mieszkania była otwarta więc gdy dziecko usypiało nic nie można było zrobić, bo się budziło. Teraz mamy dwa oddzielne pokoje i dużo więcej mebli. Wszystko jest super. Michałek na początku raz się wystraszył, ale szybko mu to przeszło i z zainteresowaniem buszował po nowych kątach. Chociaż pierwsze dni tutaj były ciężkie. Mąż znów wrócił do pracy w godzinach biznesowych 8-16 więc Michałek przyzwyczajony do jego obecności w domu, gdy zostawał ze mną sam był marudny i ciągle chciał się nosić na rękach. A może po prostu miał tylko takie humory? Nie wiemy. Teraz jest raz lepiej, raz gorzej, ale ogólnie ok. Śpi już tylko raz w ciągu dnia więc moje poranne kawki odeszły w niepamięć. Przy takim smyku nie da się nic spokojnie zjeść ani wypić. Do wszystkiego pcha paluszki :) No i jest kochany, coraz lepiej chodzi gdy się go trzyma pod paszkami, potrafi chwilę ustać bez trzymania, rozumie coraz więcej. A od dwóch dni wyciąga mi ze stanika wkładki laktacyjne :D No, w końcu wczoraj skończył 11 miesięcy, a dwa dni temu nam stuknęły dwa lata od ślubu :)

Z nowości, które się u nas działy to jest jeszcze wózek. Tak, zdecydowaliśmy kupić Michasiowi spacerówkę. Początkowo miał to być wózek, który zastąpiłby nasz wielofunkcyjny. Stąd myślałam o takich wózkach  jak Milly Mally Vip, Baby Design Walker, Coto Baby Blues czy Caretero Monaco. Chciałam, żeby synek miał tackę, żeby wózek był wygodny, łatwo się prowadził i składał do małych rozmiarów, ale przede wszystkim aby miał jedną rączkę! Bardzo często zdarza mi się prowadzić wózek jedną ręką i wiem, że przy dwóch uchwytach nie da się wygodnie prowadzić takiej parasolki jedną ręką. A co będzie jak młody będzie dreptał obok za rączkę? Ważnym elementem przy wyborze wózka była dla mnie też jego waga oraz wysokość siedziska. Większość spacerówek ma bardzo niskie oparcie i już teraz Michałek nie miał w nich gdzie oprzeć głowy. No a jeśli chodzi o wagę, to okazało się, że wybrane przeze mnie wózki mają bajery, typu tacka, ale są ciężkie (ok. 10 kg; poza Caretero, który waży 8 kg, ale nie mogłam go nigdzie obejrzeć) Ostatecznie decyzję podjęłam zupełnie inną niż na początku się spodziewałam. Zrezygnowałam z wózków z tacką dla dziecka, wszystkimi bajerami a zostawiłam w kryteriach tylko jedną rączkę, wagę i wysokość oparcia i tak właśnie nagle wybrałam wózek którego początkowo w ogóle nie oglądałam: Baby Design Mini (w kolorze zielonym)

Nie jest to Audi wśród wózków, ale kosztował niedużo, waży 7,2kg, ma tackę przy pojedynczej (!) rączce i Michaś się mieści na długość :) No i ogromnym plusem tej spacerówki jest buda. W porównaniu z innymi wózkami tego typu ten z budą wygrywa na starcie! Żadna pogoda nam nie straszna!

A czemu akurat taki mały wózek, z małymi kołami, z wąskim siedziskiem gdzie nie wsadzę zimowego śpiworka? Bo okazało się, że pokochałam nasz wózek wielofunkcyjny Camarelo (wkrótce również jego recenzja) Zdecydowałam w końcu, że nasza spacerówka Baby Design jest wózkiem na wyjazdy, bo zajmuje mało miejsca w bagażniku oraz po prostu na lato no i na przyszłość gdy wózek będzie potrzebny tylko wtedy gdy dziecku zmęczą się nóżki ;) A Camarelo posłuży nam jeszcze na trudniejszym terenie no i w zimie, żeby Michałkowi było cieplej i wygodniej, a mi łatwiej prowadzić wózek po śniegu.

O, i tak to u nas wygląda :)

czwartek, 12 marca 2015

Gorączka, wysypka... trzydniówka

Za nami właśnie nasze pierwsze przeziębienie. Zaczęło się od kaszlu. Innego niż zwykle, gdy synek zakrztusi się ślinką. Dzień później doszedł katar. Nic więcej się nie działo, ale to wystarczyło, aby dwie noce były pełne płaczu, noszenia na rękach i spania tylko kilku godzin. Na szczęście w przychodni przepisano nam krople do noska i syrop od kaszlu, które bardzo szybko zadziałały. Przez kilka dni lało się z noska, Michaś nie pozwalał nosa nawet dotknąć. Lekko nie było. Po tygodniu katarku prawie nie zostało, kaszel ucichł. I nagle, w nocy... 37,8 gorączki. O co chodzi? Przecież przeziębienie już pokonane, leki odstawione, a tu jakiś nawrót choroby i to ze zdwojoną siłą. Znowu do przychodni. Gardełko czyste, płucka bez zarzutu. No to widocznie jakiś wirus. Wróciliśmy do domu z syropkiem na odporność. A tu gorączka rośnie. Dziecko marudne, osłabione, co godzinę usypia na 30 minut i mimo leków gorączka nie chce spadać i z 39 stopni obniża się tylko do 37,5. Ciężko się patrzyło na takiego biednego, chorego człowieczka. Noc na szczęście była spokojna, następny dzień już trochę lepszy, bo gorączka niższa, aż w niedzielę znikła zupełnie. Pierwszy raz tak bardzo się cieszyłam, że moje dziecko psoci i włazi wszędzie, gdzie mu nie wolno. Odetchnęłam z ulgą. Do poniedziałku. Rano przebieram synka z piżamki i co widzę? Kropki na całym ciałku:
Najpierw oczywiście panika. Wysypka! Ale to nie ospa. Ale co? Trzydniówka? Ale przecież gorączka była tylko przez dzień taka wysoka, a przecież to miało być przez trzy dni. I znowu wizyta w przychodni, siedzenie w poczekalni. Ostatecznie okazało się jednak, że to właśnie była trzydniówka. Dowiedziałam się, ze gorączka może trwać i jeden i trzy dni. Czasem cztery. A rozpoznajemy to przez brak innych objawów choroby i wysypkę, która wyskakuje po spadku temperatury mniej więcej po trzech dniach. I tak właśnie za nami pierwsze nabieranie odporności. Teraz już Michałek jest zupełnie zdrowy i psoci dwa razy bardziej :)