środa, 12 kwietnia 2017

Wielorazówki? Ty tak serio?

Serio serio :) Zaczęliśmy właśnie używać pieluch wielorazowych. Brzmi dziwnie? Też mi się to wydawało nieprawdopodobne. A jednak... Ale po kolei.

O pieluszkach wielorazowych czytałam już w ciąży z Michałkiem. Wtedy jednak ze względu na koszt takiego pieluchowania nie zdecydowałam się kupić nawet jednej wielorazówki. Z chęcią czytałam jednak blogi, w których ten temat się pojawiał jak np. u Violianki. Nigdy jednak nie pojawił się u mnie pomysł zrezygnowania z pieluch jednorazowych. Więc skąd ten pomysł zjawił się teraz gdy Mimisia skończyła dwa miesiące? Nie wiem. Naprawdę :) Przypomniałam sobie o tych pieluchach po długiej przerwie i przede wszystkim bardzo chciałam kupić chociaż dwie wielorazówki na lato. Dobrze wiemy jak wyglądają pupy dzieci kiszące się w jednorazówkach, które nie przepuszczają one powietrza i mają pełno chemii w składzie. Po doświadczeniu z Michałkiem wiedziałam, że w upalne dni będę kombinowała, żeby córeczce było jak najlepiej, najwygodniej i najchłodniej. Nie wiedziałam wtedy, że przepadnę do końca w tej tematyce :) Po pierwsze, oszalałam na punkcie wzorów jakie mogę dziecku nałożyć na pupę. Jest ich naprawdę mnóstwo. Strasznie chciałam móc w lecie wyjść na spacer z dzieckiem ubranym tylko w te kolorowe cuda :) To właściwie było jedyne co mnie ciągnęło w stronę wielorazówek. Od razu się przyznam, że daleko mi do ekoświrki i aspekt góry rozkładających się setek lat jednorazówek jakoś do mnie nie przemawiał. Oczywiście fajnie jest produkować mniej śmieci, ale to mnie w tym wszystkim najmniej interesowało. Dla mnie liczyło się przede wszystkim zdrowie dziecięcej pupy. No i szał kolorów ;) Do męża za to przemówił aspekt ekonomiczny. Oczywiście wydatek jednorazowy jaki trzeba ponieść aby rozpocząć wielopieluchowanie może już na wstępie nas pokonać. Tym bardziej jeśli nie chcemy kupować takich pieluszek z drugiej ręki. Ja nie chciałam. Na szczęście mogłam sobie pozwolić na zainwestowanie w ten interes i mimo, że wydałam sporo na raz, to i tak wyjdzie to ostatecznie taniej od pieluch jednorazowych, nawet wliczając pranie i wszystkie akcesoria. Chyba, że wieloświrstwo nas tak opanuje, że kupimy trzy razy więcej niż nam jest potrzebne. Wtedy argument ekonomiczny się nie sprawdzi ;) A łatwo wpaść w ten wir kupowania...

My tak naprawdę dopiero zaczynamy tą wieloprzygodę, testujemy różne opcje i sprawdzamy co nam najbardziej pasuje. Wciąż jeszcze używamy wielorazówek zamiennie z jednorazówkami, które wkładamy na spacery, wyjazdy i na noc. Powoli jednak będziemy odchodzić od tego aż zostaniemy wielowariatami :D


 

wtorek, 28 marca 2017

Dwa miesiące Mimisi :)

Nie mam pojęcia kiedy ten czas minął. Moje młodsze dziecię skończyło dziś dwa miesiące. I żeby ten dzień uczcić naszykowało mi więcej płaczu niż zwykle ;) Mamy gorszy dzień brzuszkowy. Czasem się takie zdarzają. Poza takimi wyjątkami moja córa jest złotym dzieckiem. Mało płacze, ładnie śpi, pięknie je i rośnie. Bardzo dużo się uśmiecha i zaczęła popiskiwać i wykrzykiwać różne dźwięki. A jakieś trzy dni temu zauważyła, że ma rękę :D Jeszcze nie umie nic z nią zrobić ale grunt, że jest ;) Poza tym zmagamy się z jakąś wysypką nie wiadomo od czego. Testuję różne produkty, czyli ich nie jem, żeby wykryć czy to od jedzenia. Winowajcą może się też okazać pranie, ale to się okaże wkrótce, mam nadzieję.

A co u Michasia? Kocha swoją młodszą siostrę. Mówi o niej "moja ukochana Mimisia". Przytula ją, głaszcze, podaje smoczek i bardzo się cieszy gdy ona go rozpozna i się do niego uśmiechnie. Wspaniale się na to patrzy, aż serce rośnie. Napajam się tymi chwilami póki są, bo raczej nie potrwają długo ;)

I tak nam mijają jeden dzień za drugim w pewnym pośpiechu, bo zanim się człowiek obejrzy już się robi wieczór. Dobrze chociaż, że wreszcie mamy wiosnę i sporą część dnia można spędzić na powietrzu, czyli młodsze śpi w wózku, a starsze szaleje na placu zabaw. I jest pięknie ;)

sobota, 4 marca 2017

O tym jak Marysia pojawiła się na świecie.

Przyszedł czas aby opowiedzieć o tym, jak nasza rodzinka powiększyła się o kolejnego małego chochlika ;)

Termin porodu miałam wyznaczony na 19 stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że jest to termin umowny, jednak podświadomie wyznaczamy sobie taką właśnie granicę. Ten dzień staje się ważniejszy od innych, na ten dzień się czeka. Gorzej jeśli wyznaczony termin minie. W przypadku Michałka poród przesunął się o cztery dni. Marysia jednak nie zamierzała wyjść w okolicach wyznaczonego 19-go stycznia. Minęły kolejne cztery dni i nic. Stawałam się coraz bardziej nerwowa. Gdy minął tydzień postanowiłam pojechać do szpitala. Tam jednak powiedzieli, że mnie na razie nie przyjmą, a jeśli nic się nie wydarzy samo to mam się stawić za dwa dni (wypadało to w piątek). Tego samego dnia po południu udało mi się jeszcze wskoczyć na prywatną wizytę do ginekologa. Od niego dostałam skierowanie na wywołanie porodu. Szczerze mówiąc byłam załamana. Całą ciążę przechodziłam bez komplikacji i uciążliwych objawów. Ciąża wręcz książkowa, po pierwszym naturalnym porodzie miała się zakończyć sztucznym wywoływaniem, od którego często bardzo blisko do cesarki. Stresowałam się strasznie, pozbyłam się nadziei, że coś zacznie się samo. Skurcze przepowiadające miałam od dwóch tygodni, więc te które pojawiły się w nocy z czwartku na piątek też nie zrobiły na mnie wrażenia. Rano szykowałam się do szpitala jak na ścięcie.  Na izbie przyjęć standardowe formalności, opaska na rękę… Siedziałam z mężem na korytarzu i czekałam na kolejne badania. Najpierw ktg bez skurczy, potem badanie ginekologiczne. Na tym badaniu usłyszałam to jedno zdanie, o którym marzyłam: „Jeśli nic nie samo nie zacznie, to w poniedziałek wywołanie.” Mój wyrok został odsunięty. Znów pojawiła się u mnie nadzieja, a nawet pewnego rodzaju przeczucie, że Marysia jednak się namyśli, tym bardziej, że od czasu do czasu czułam coraz mocniejsze skurcze przepowiadające. Potem czekałam jeszcze w sali aż do szpitala przywiozą nowy sprzęt do USG, w związku z czym miałam to badanie wykonane wyjątkowo dokładnie, bo ordynator uczył się na mnie obsługi sprzętu :) Od tego momentu poczułam już spokój. Tak jakbym pogodziła się z tym, że wydarzy się to co ma się wydarzyć i nie ma sensu się przejmować. Wykorzystałam ten piątek do wieczora na odpoczynek, zrelaksowanie się przy książce, bo nie oszukujmy się, chwila ciszy bez dziecka u nogi jest cenna ;) Tym bardziej, że warunki w szpitalu były bardzo dobre, więc czułam się swobodnie.

Spokój był do wieczora. Przed obchodem czułam, że skurcze, które pojawiły się kilka razy w ciągu dnia, a na popołudniowym ktg w ogóle się nie zapisały, zaczęły się nasilać. O godzinie 19 postanowiłam je liczyć. Używałam do tego aplikacji na telefon, którą przy okazji  bardzo polecam, bo znacznie ułatwia zorientowanie się ile trwa skurcz i jak często się pojawia. Wystarczy tylko klikać start i stop. Do godziny 23 naliczyłam 20 regularnych skurczy krzyżowych, które z czasem się nasilały. Poszłam więc do położnych, żeby je o tym poinformować. Jedna z nich mnie zbadała, rozwarcie powiększyło się z jednego do dwóch centymetrów. Postanowiono podać mi środek przeciwbólowy. Usłyszałam, że jeśli to poród to za dwie godziny urodzę, a jeśli tylko skurcze przepowiadające to przejdą i przynajmniej się wyśpię przed akcją porodową, która może się zacząć np. następnego dnia. Po zastrzyku skurcze nie tylko nie przeszły, ale pojawiały się częściej i były coraz silniejsze. Pomiędzy kolejnymi falami bólu usypiałam, żeby obudzić się tylko po to, żeby oznaczyć kolejny skurcz w aplikacji. Dwadzieścia minut po północy, kiedy skurcze pojawiały się co 3 minuty postanowiłam, że czas się w końcu zbadać bo jeszcze zacznę rodzić w sali. Okazało się, że mam rozwarcie na 6 cm. Kazano mi wziąć z sali wodę i skierowano mnie na trakt porodowy. W międzyczasie zadzwoniłam jeszcze do męża, który czekał w domu na rozwój sytuacji. W drodze na salę porodową rozchadzałam kolejne skurcze. Młoda położna rozmawiała ze mną, że jeśli tak mi lepiej to położę się tylko na chwilę na ktg i potem będę mogła spacerować, żeby lepiej znieść ból. Byłam jej wdzięczna. Tylko, że żadna z nas nie spodziewała się takiego rozwoju sytuacji jaki nastąpił.

Kładłam się na łóżko porodowe w przerwie między skurczami, wkłuto mi wenflon, podłączono ktg. Kolejny skurcz zapisał się na maszynie. Położna mnie zbadała i powiedziała, że chyba już nie zdążę sobie pochodzić. Ja już nawet nie chciałam. Czułam, że już nie dałabym rady utrzymać się na nogach. Położna odłączyła ktg, a mi odeszły wody. Po tym akcja ruszyła z kopyta. Położna biegała dookoła mnie rozkładając łóżko do porodu i kazała mi oddychać. Mąż wpadł na salę w ostatniej chwili, łóżko rozłożone w połowie, a już kazano mi przeć. Oczy miałam już zamknięte. W głowie tylko polecenia położnej i za chwilę o godzinie 0:50 usłyszałam już płacz naszej córeczki. Zmęczona i otumaniona, ale szczęśliwa przytuliłam ją z dziwnym wrażeniem deja vu. Mała okazała się być bardzo podobna do swojego starszego brata. Uśmiechałam się do tej myśli. Mąż też szczęśliwy, ale blady został wygoniony przez położne, żeby nie zemdlał ;) Poszedł obdzwonić rodzinę i znajomych, co chwilę słysząc: „ale jak to? Już?” J Położna śmiała się, że następny poród to przy pierwszych skurczach to od razu do szpitala bo nie zdążę. Podobno jestem stworzona do rodzenia :P

Córeczka urodziła się naturalnie (!) w sobotę 28 stycznia, ważyła 3400g i miała 55 cm. Urodziła się z pępowiną owiniętą wokół nóżki i jak się okazało, na pępowinie był supeł. Dostaję dreszczy na samą myśl, że mógł on się zacisnąć już w brzuchu odcinając dziecku tlen. Jednak okazuje się, że wymodlona u Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej córcia Maria Klara ma potężną patronkę, która o nią zadbała.

Teraz maleństwo ma już 5 tygodni, które minęły nawet nie wiem kiedy. Wodzi już wzrokiem za zabawkami i uśmiecha się do nas od czasu do czasu. Jest pogodnym i zdrowym niemowlakiem. Michaś bardzo dobrze zniósł pojawienie się siostrzyczki i bardzo lubi na nią patrzeć i ją przytulać. Mówi o niej „moja ukochana Mimisia” :) Dla matki to ogromna radość patrzeć na swoje dwa małe szczęścia. Nie wyobrażam sobie już życia bez tej swojej dwójki i każdego dnia dziękuję Bogu za to, że je mam :)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nowy rok przed nami.

Wszystkiego najlepszego w Nowym 2017 Roku!

Przyszedł czas na podsumowanie minionego roku i plany na nowy. Ostatnie miesiące 2016 roku poświęciłam na jedno - przygotowanie się do najważniejszego wydarzenia 2017 roku. Prałam i prasowałam ubranka, składaliśmy łóżeczko, pakowałam torbę do szpitala. W nowy rok weszłam więc już przygotowana do porodu. Zostało tylko czekać na to co wkrótce się wydarzy, a co przewróci nasze życie do góry nogami po raz kolejny ;)

Co działo się poza tym w minionym roku? Początek roku był dość spokojny. Dopiero w maju, po zrobieniu testu ciążowego, życie ruszyło w jakimś konkretnym kierunku. Później pod koniec lata zaczęło nam się to życie toczyć szybciej gdy postanowiliśmy, że mąż zmieni pracę i czekała nas przeprowadzka. Po długich rozmyślaniach, planowaniach i upewnianiach się co będzie dla nas najlepsze w końcu przeprowadziliśmy się do małego miasteczka pod Poznaniem. Michałek nie odczuł tej zmiany za bardzo. Zaaklimatyzował się bez problemu. Rozwija się coraz szybciej, coraz więcej mówi i rozumie. Wie, że będzie miał siostrzyczkę Marysię, którą po swojemu nazywa "Mimisia" :D Wszystko się układa tak jak trzeba. I chociaż rozwój wydarzeń nie zwalnia, a wręcz przyspiesza, to z radością i nadzieją wkraczamy w kolejne 365 dni :)

piątek, 7 października 2016

Puzzlowe szaleństwo.

Każdy ma jakiegoś bzika. Mój synek też. A wszystko zaczęło się od jednego prezentu - pudełka puzzli dla maluchów z czterema samochodami. Zestaw składał się z czterech układanek, z których każda miała odpowiednio 4, 5, 6 i 7 elementów. Niby nic wielkiego. Mieliśmy już w domu puzzle z firmy Trefl ze zwierzętami morskimi od 2 do 5 elementów. Ale te nowe, firmy Castorland, to były samochody! I to jakie! Karetka, wóz strażacki, radiowóz i laweta! No i mój, wtedy jeszcze dwulatek, który nie umiał złączyć ze sobą dwóch puzzli, tylko je do siebie przysuwał bez efektu, nagle się zakochał. Takie prezenty nazywam strzałem w dziesiątkę! W ciągu tygodnia Michaś nauczył się łączyć puzzle i bez problemu układał ten ulubiony zestaw. Byłam zachwycona i zaraz zakupiłam mu puzzle dla maluszków z polskiej firmy Alexander. Zestaw składał się z 6 wzorów maszyn budowlanych od 2 do 7 elementów. I tak zaczęło się nasze puzzlowe szaleństwo. Z czasem szukałam coraz nowszych i coraz trudniejszych zestawów. Kolejnym wyborem znów była firma Castorland:  cztery pociągi składające się z 8, 12, 15 i 20 elementów. Początkowo rozkładałam synkowi te elementy na cztery kupki i po niecałych dwóch tygodniach nawet te najtrudniejsze okazały się bezproblemowe do ułożenia. Dopiero jednak po trzech miesiącach osiągnęliśmy stan układania tego zestawu bez rozdzielania na poszczególne obrazki. Dzisiaj, po pięciu miesiącach, nasz mały Chochlik bez problemu układa obrazek składający się z 40 elementów. Wciąż jednak wraca do tych swoich ulubionych, pierwszych puzzli. I układa je codziennie. I wtedy nasza podłoga wygląda tak:

No dobra, tu są tylko 4 pudełka. Pomyślcie jak to wygląda gdy zechce ułożyć wszystkie zestawy ;)

A teraz przechodzimy do naszej opinii na temat przetestowanych przez nas firm produkujących puzzle.


Zacznę od firmy Trefl. Zestawy dla maluszków są bardzo kolorowe, z ciekawymi wzorami i na pewno przyciągają uwagę najmłodszych. Ich ogromną zaletą jest to, że są bardzo grube, więc nie ma obawy, że dziecko oderwie kawałek puzzla.
Ilość elementów jest dość zróżnicowana. Chociaż przeskok z 5 do 15 elementów może być dla dziecka trudny. Natomiast jest to firma łatwo dostępna na rynku.

Druga znana nam firma to Alexander. "Puzzle dla maluszków" od tej firmy to bardzo dobry zestaw. Poziom trudności w układaniu można dziecku stopniować, ponieważ elementów mamy od 2 do 7, w sumie 6 obrazków. Wybór wzorów jest bardzo duży. I chłopcy i dziewczynki znajdą swoje ulubione układanki. Jeśli chodzi o grubość puzzla, jest on dużo cieńszy od tych firmy Trefl, ale wciąż na tyle gruby, że, owszem, możliwe jest załamanie przez dziecko puzzla, ale z oderwaniem też będzie miało problem. Zauważyłam jednak, że te obrazki, które Michaś częściej układał, zaczęły się rozwarstwiać przy łączeniach. Niestety i tu mamy spory problem z rozrzutem ilości elementów do wyboru pomiędzy tymi puzzlami dla najmłodszych i starszych dzieci. Przeskok z 7 elementów do 20 jest zbyt duży. Jeśli chodzi o dostępność, to nie jest tak łatwo znaleźć je w sklepach, jak inne firmy.
 

No i ostatnia z używanych przez nas firm i powiem szczerze, moja ulubiona - Castorland. Jest dość łatwo dostępna, zwłaszcza w mniejszych, osiedlowych sklepikach z zabawkami. Jej niewątpliwą zaletą jest przede wszystkim możliwość wyboru zestawów z bardzo dużym zróżnicowaniem ilości elementów. W ofercie mamy zestawy do 7 elementów, są takie gdzie mamy 9 i 12, są pojedyncze w ilości 12 elementów, są takie jak my mamy czyli 8, 12, 15, 20. Dodatkowo do wyboru mamy klasyczne, prostokątne obrazki, lub tak zwane konturowe, czyli tylko z obrysem dookoła ilustracji.


Naprawdę bez problemu stopniujemy dziecku trudność układania bez dużych przeskoków w ilości elementów. Puzzle te pomimo, że cieńsze od tych z pozostałych firm, wykonane są na tyle solidnie, że nic się z nimi nie dzieje. Rozróżniam tu jednak dwa sposoby produkcji. Mamy dwa zestawy tej firmy, które podejrzewam, że były po prostu wyprodukowane o wiele wcześniej. Kupione w małym wiejskim sklepiku z zabawkami, mogły tam przecież być jeszcze z, nazwijmy to, starej serii. Te się szybko niszczą, są cienkie i nietrwałe. Wyginają się i niektóre uległy rozerwaniu. Inne, już nowsze, są zupełnie inaczej skonstruowane. Są trwalsze.





Czyli tak jakby producent poszedł po rozum do głowy i jak widać na zdjęciach, te nowsze mają dodatkową, kolorową warstwę z tyłu puzzla. To go po prostu utwardza, i te już trudniej zniszczyć. Dodatkowym plusem w tych zestawach jest to, że gdy w pudełku mamy cztery różne obrazki, każdy z nich jest z tyłu oznaczony innym kolorem, lub wzorkiem, co rodzicowi (a pewnie i maluchowi w przyszłości) ułatwia rozdzielenie puzzli na poszczególne wzory. U nas się to bardzo sprawdziło. Puzzle innych firm nie mają tego udogodnienia.




Posiadamy również jeden mały zestaw puzzli firmy CzuCzu. Jednak nie podejmę się oceniania ich, ponieważ synek ich nie układa, nie mamy więcej zestawów i nie zapoznawałam się z ich ofertą :)

Podsumowując, uważam, że puzzle firmy Castorland są solidnie wykonane i ładne, a dodatkowo dają dużo możliwości stopniowania trudności układania ze względu na duży wybór produktów. Polska firma Alexander ma duży wybór obrazków, największą ilość wzorów w jednym pudełku, co również pozwala stopniować trudność. Trefl jest natomiast firmą powszechnie znaną, dobrą jakościowo, z dużym wyborem ilości elementów, ale dla starszych dzieci. Młodsze nie mają zbyt wiele do wyboru.
Na koniec dodam, że my na przykład borykamy się z problemem, że z większości firm mogę kupić synkowi puzzle skłądające się z 30/35 elementów, a kolejna ilość to już najczęściej 60, co dla Chochlika jest jeszcze o wiele za trudne, a 30 znowu już za łatwe. Spotkałam się z zestawami firmy Trefl gdzie mamy do wyboru  np. 35, 48, 54 i 70 elementów. Nam nie do końca pasują. Pierwsze za łatwe, trzy następne za trudne. Jedynie Castorland uratował nas zestawem, w którym są cztery obrazki po kolejno: 30, 40, 50 i 60 elementów. My zatrzymaliśmy się na 40. Na 50 Chochlik jeszcze kręci nosem ;)

Strony internetowe opisanych wyżej firm:
- http://www.trefl.com/
- http://www.alexandershop.pl/
- https://www.castorland.pl/pl

A jakie są Wasze doświadczenia z puzzlami? Może chcecie polecić jakąś firmę, macie uwagi lub pytania? Zachęcam do komentowania.

piątek, 23 września 2016

I znowu w ciąży... ;)

Tak, oficjalnie podaję do wiadomości, choć powinnam to zrobić dawno temu: znów jestem w ciąży! I to już za połową, dokładnie w 24 tygodniu. Wiem, że wiele miesięcy mnie tu nie było, ale tak dużo nam się dzieje w życiu, że ciężko nadążyć i spisać to wszystko. Dlatego też dziś post krótki, ale treściwy, a wkrótce mam nadzieję, że w końcu ruszę z tymi wszystkimi postami, które mam zapisane w głowie ;) Ale teraz zajmuję się rzeczami typowo przyziemnymi, jak na przykład przeprowadzka do Wrześni (pod Poznaniem) gdzie mąż dostał nową pracę. Zawirowań przy tym jest sporo i wciąż jeszcze nie wiemy kiedy dokładnie się przenosimy. W międzyczasie biegam za swoim małym chochlikiem Michałkiem, którego jest wszędzie pełno, w końcu ma już 2 lata i 4 miesiące i jak na ten wiek przystało, niesamowicie dokazuje ;) No i oczywiście oprócz tego chodzę regularnie na wizyty do ginekologa. Tydzień temu dowiedziałam się w końcu, że noszę pod sercem córeczkę! Śmiałam się już jakiś czas temu, że córeczka byłaby dla mnie, a synek dla Michałka ;) Najważniejsze było jednak dla mnie, żeby dziecko było zdrowe i taką informację uzyskałam. To mnie cieszyło najbardziej. A płeć? Mam wrażenie, że obcych ludzi i resztę mojego otoczenia bardziej cieszy ta dziewczynka niż mnie ;) Pewnie dlatego, że wszystkim się wydaje, że musi być w rodzinie "parka". Tak jakby na dwójce miało się już na zawsze skończyć i jak jest dwóch chłopaków to już tragedia ;) Ja tam trzeciego chochlika nie wykluczam, ale to już plany na daleką przyszłość ;) Obecnie cieszę się, że jest córcia, a jak się na kolejnym USG nagle okaże, że chłopak to też będę szczęśliwa, o! :D

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Sezon na "bez czapeczki".

Mamy wiosnę, nie da się ukryć. Jak tylko temperatura podskoczyła powyżej 10 stopni, w internecie pojawiły się hasła typu: "Sezon na 'tak bez czapeczki?' uważam za otwarty". No tak, tak to już jest, że możemy na ulicy spotkać wielu doradców i to przecież oni wiedzą najlepiej, co jest dobre dla naszego dziecka ;) Stąd też często pojawiające się pytanie od obcych "A dlaczego bez czapeczki? Przecież to zimno!" Znacie to? Ja osobiście od nikogo (prócz oczywiście mojej mamy ;) ) czegoś takiego nie słyszałam. Ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają. A wiecie co sobie o tym myślę? Uważam, że w tym okresie pogoda może być jeszcze zdradliwa. Fakt, że na termometrze widnieje 15 lub więcej stopni nie zmienia tego, że mamy dopiero początek kwietnia i aura bywa zmienna i kapryśna, a odczuwalna temperatura i tak jest inna zwłaszcza przy wietrze. Mieliśmy kilka bardzo ciepłych dni. Na termometrach 20 stopni, dzieciaki latały porozbierane do samych koszulek, a ja jakoś tak w cienkiej kurtce mimo wszystko czułam się lepiej. I mój synek też miał na głowie czapkę. Oczywiście już cieniutką, ale jednak. Mówią, że ciepło ucieka przez głowę. Może coś w tym jest. Mi osobiście ucieka przez stopy :D Ale wracając do tematu. Przedwczoraj np. widziałam na spacerze małe, na oko 8 miesięczne dziecko, bez czapeczki, a temperatura była nieciekawa. Przede wszystkim z powodu wiatru. Oczywiście nie zamierzam nikogo pouczać jak ma ubierać swoje dziecko, ale uważam, że to troszkę nieodpowiedzialne. Może i takie dziecko się nie przeziębi, może rodzice je hartują i nie zmarznie, ani nawet noskiem z katarem nie pociągnie. I dobrze. Mnie się po prostu wydaje, że przy wietrze i średnio wysokiej temperaturze, nawet w słoneczku takiemu dziecku może być po prostu nieprzyjemnie. Tak zwyczajnie. Przecież taki maluszek nawet za bardzo włosków nie ma, które by go tak jakoś otuliły. Ja sama czasem się czuję niekomfortowo bez chociaż opaski na uszy. A włosów do osłony trochę mam. Dlatego mój synek jeszcze chodzi w czapce. I bardzo ją lubi i nie daje sobie zdjąć nawet w windzie. Gdyby mu było za gorąco pewnie by mi chciał ją oddać. A chyba tak jest mu dobrze. I życzę wszystkim dzieciom, żeby im też było dobrze. O! W czapce czy bez! ;)

A Wy co o tym sądzicie?