Błoga cisza, otwierasz jedno oko, w pokoju półmrok, zaciskasz oczy i zamierzasz jeszcze spać. Niestety. Dzieci postanowiły wstać bladym świtem (tylko po to, żeby za godzinę marudzić, że są śpiące). W trakcie robienia śniadania wysypujesz herbatę na blat, skorupka jajka wpada do ciasta na naleśniki, a Ty parzysz się rozgrzaną patelnią łapiąc w ostatniej chwili przewracające się dziecko, które kurczowo trzyma się twojej nogi, tak, że nie możesz zrobić kroku. Przypalasz naleśnika sadzając dziecko przy zabawkach. Za chwilę słyszysz płacz, bo szkrab już zdążył się uderzyć, więc bierzesz malucha na ręce i w tym momencie słyszysz starsze dziecko, które nie może założyć spodni i drze się z tego powodu w niebogłosy. Odkładasz dzieciaka, który chce dalej być na rękach, więc znów zaczyna płakać i idziesz pomóc starszakowi. Jedna nogawka założona i słyszysz "Najpierw pójdę siku" i już dzieciaka nie ma. Wracasz do kuchni i cudem udaje ci się dokończyć śniadanie. Nie ważne ile lat mają dzieci, będą upaprane śniadaniem od góry do dołu więc zostawiasz swoje niedojedzone, żeby umyć buźki i łapki. Potem dogryzasz swój posiłek pomiędzy myciem/układaniem w zmywarce brudnych naczyń. Twój życiowy cel każdego rana - kawa. Nie. Najpierw zakupy, zanim młodsze zaśnie. Od hasła "Idziemy na zakupy" do wyjścia mija jakieś 40 minut. Ubierasz siebie, pocisz się w kurtce pomagając starszemu dziecku i ubierając młodsze, które szczerze nienawidzi kombinezonu zimowego i głośno daje ci to do zrozumienia. Gdy wreszcie wyjdziesz, pod blokiem okazuje się, że nie wzięłaś rękawiczek. Dobra, trudno, nie wracasz do domu. Prowadzisz wózek i czujesz, że jednak trzeba było się wrócić. W sklepie starsze dziecko ciągle coś chce, a młodsze wyciąga rękę z wózka i sięga po wszystko co da się zrzucić z półki. Na domiar złego okazuje się, że otwarta jest tylko jedna kasa do której właśnie ustawiła się długa kolejka. Gdy udaje się w końcu zrobić zakupy i dotrzeć do domu, okazuje się, że młodsze dziecię zgubiło smoczek, a dokładnie w czasie gdy cię nie było w domu przyszedł listonosz i oczywiście zostawił awizo więc trzeba będzie iść na pocztę. Rozbierasz dziatwę, pięć razy prosisz o umycie rąk i za chwilę idziesz wytrzeć ochlapaną podłogę. Czas na uśpienie malucha. Po trzecim rzuceniu przez starszaka klocków o ziemię i wybudzeniu dziecka włączasz starszemu bajkę, żeby wreszcie usiadł w miejscu. Udaje się uśpić dziecko więc idziesz wreszcie (!) zrobić sobie kawę. Jest. 5 minut dla mamy. Siadasz w pokoju z kawą i przeglądasz gazetę. Ale, żeby nie było tak wesoło to w głowie ciągle masz: "Muszę wstawić pranie", "Trzeba wytrzeć kurze." "Zupka!" Wstajesz od kawy, żeby nastawić zupkę dla dziecka. "Zrób mi jeść" słyszysz. "Chcę placuszki, albo płatki, albo zrób mi budyń!" Wzdychasz sobie i zabierasz się za gotowanie. Dzieciak dostaje o co prosił, a ty już z rozmachu, posprzątałaś kuchnię i wstawiłaś pranie. Ok. To może post na bloga? W końcu. Włączasz komputer i w tym momencie budzi się maluch i uśmiechnięty czeka aż dostanie cyca. Karmisz, przewijasz, przytulasz, przynosisz do pokoju do zabawek, a starszego zabierasz do łazienki umyć po jedzeniu. W tym czasie młodsze wylewa w kuchni wodę z kociej miski i zamierza się do próbowania karmy. W ostatniej chwili zabierasz mu łupy obserwowana przez kota wzrokiem wyrażającym pogardę. Powoli zaczyna się czas na robienie obiadu więc znów nie wychodzisz z kuchni, chyba, że tylko po to, żeby oderwać młodsze dziecko od kabli i ładowarek, a starszemu dziesiąty raz wytłumaczyć, żeby nie ciągał siostry po podłodze. W trakcie pichcenia sprzątasz stół i wycierasz kurze. No i oczywiście zbierasz z podłogi papierki po Mambie, które twoja starsza latorośl porozrzucała, a młodsza uważa za bardzo smaczne. Wpadasz do kuchni, gdzie na wczoraj umytą kuchenkę właśnie kipi makaron. Żeby było ciekawiej, to zapomniałaś kupić śmietanę, a w lodówce zostało jej tylko trochę. Trudno. Będzie zdrowiej, bez śmietany... Przypominasz sobie o kawie. Dopijasz już zimną, jak codziennie. Zapomniałaś wyłączyć komputer więc się wyładował. Chowasz go wreszcie i nakrywasz do stołu. Po obiedzie czasem dzieciom zdarza się przysnąć. O ile w przypadku młodszego to dość normalne, w przypadku starszego kończy się zwykle awanturą po przebudzeniu, taką w stylu "bez kija nie podchodź". Wtedy też młodszy szkrab uznaje, że poobiednia drzemka może być tą dłuższą i śpi trzy godziny. Wtedy już wiesz, że uśnie dużo później niż po dobranocce. Jakby zwierząt w tym cyrku było mało, w końcu do domu wraca mąż. Naczynia po obiedzie w jego wykonaniu nigdy nie trafiają do zlewu, tylko na blat. Być może, zlew gryzie, nie wiesz, na ciebie nigdy jeszcze zębów nie ostrzył. Może tylko mężczyźni są zagrożeni. Zmywarka też jest niebezpieczna więc do niej mąż się w ogóle nawet nie zbliża. Ewentualnie jak jest czysta to wyciągnie kilka naczyń i schowa do szafki. Resztę postawi na blacie, bo nie wie gdzie schować. Więc czy chcesz czy nie musisz wszystko posprzątać, żeby zrobić kolację. Proponujesz dzieciom omlet. Taaak, będą jadły! Po przyrządzeniu słyszysz "ble, nie chcę tego". Nic to. Już nawet nie reagujesz. Nie masz siły. Odpuszczasz co sprawia, że starszak jednak decyduje się zjeść, a młodsze na szczęście uradowane, że może szamać samo, w spokoju wkłada do buzi kolejne kawałki omletu by po wszystkim ostentacyjnie zrzucić talerzyk na ziemię. W końcu wręczasz dzieci mężowi i sama możesz coś zjeść, bo energia do usypiania dziatwy jeszcze ci się przyda. Po namowach starszaka zgadzasz się, na wspólną kąpiel podopiecznych. W rezultacie, podłogę w łazience masz już w sumie umytą. Masz to szczęście, że usypianie starszego należy do męża. Z powodu długiej drzemki młodsze dziecko usypia dużo później niż starszak. W końcu o 22 masz czas dla siebie... śmiechu warte. Robisz sobie herbatę, bierzesz coś do przegryzienia i otwierasz książkę. Po trzech stronach zamykają ci się oczy. Pasujesz. Idziesz się myć. Wtedy właśnie młodsze dziecko uznaje, że trzeba się przebudzić. Na szczęście bezmleczne piersi ojca zostały zaakceptowane i dzieć śpi dalej. Dobrze. Bo właśnie nastawiasz płukanie, bo przez cały dzień nie powiesiłaś prania. Zapomniałaś, zdarza się. Wieszasz wreszcie pranie i idziesz spać. Dopiero rano się zorientujesz, że zapomniałaś wyjąć na jutro mięso z zamrażarki i nie kupiłaś też mleka więc jak na śniadanie zrobisz dzieciom kaszę mannę to będziesz piła czarną kawę, której nie lubisz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 4 grudnia 2017
środa, 12 kwietnia 2017
Wielorazówki? Ty tak serio?
Serio serio :) Zaczęliśmy właśnie używać pieluch wielorazowych. Brzmi dziwnie? Też mi się to wydawało nieprawdopodobne. A jednak... Ale po kolei.
O pieluszkach wielorazowych czytałam już w ciąży z Michałkiem. Wtedy jednak ze względu na koszt takiego pieluchowania nie zdecydowałam się kupić nawet jednej wielorazówki. Z chęcią czytałam jednak blogi, w których ten temat się pojawiał jak np. u Violianki. Nigdy jednak nie pojawił się u mnie pomysł zrezygnowania z pieluch jednorazowych. Więc skąd ten pomysł zjawił się teraz gdy Mimisia skończyła dwa miesiące? Nie wiem. Naprawdę :) Przypomniałam sobie o tych pieluchach po długiej przerwie i przede wszystkim bardzo chciałam kupić chociaż dwie wielorazówki na lato. Dobrze wiemy jak wyglądają pupy dzieci kiszące się w jednorazówkach, które nie przepuszczają one powietrza i mają pełno chemii w składzie. Po doświadczeniu z Michałkiem wiedziałam, że w upalne dni będę kombinowała, żeby córeczce było jak najlepiej, najwygodniej i najchłodniej. Nie wiedziałam wtedy, że przepadnę do końca w tej tematyce :) Po pierwsze, oszalałam na punkcie wzorów jakie mogę dziecku nałożyć na pupę. Jest ich naprawdę mnóstwo. Strasznie chciałam móc w lecie wyjść na spacer z dzieckiem ubranym tylko w te kolorowe cuda :) To właściwie było jedyne co mnie ciągnęło w stronę wielorazówek. Od razu się przyznam, że daleko mi do ekoświrki i aspekt góry rozkładających się setek lat jednorazówek jakoś do mnie nie przemawiał. Oczywiście fajnie jest produkować mniej śmieci, ale to mnie w tym wszystkim najmniej interesowało. Dla mnie liczyło się przede wszystkim zdrowie dziecięcej pupy. No i szał kolorów ;) Do męża za to przemówił aspekt ekonomiczny. Oczywiście wydatek jednorazowy jaki trzeba ponieść aby rozpocząć wielopieluchowanie może już na wstępie nas pokonać. Tym bardziej jeśli nie chcemy kupować takich pieluszek z drugiej ręki. Ja nie chciałam. Na szczęście mogłam sobie pozwolić na zainwestowanie w ten interes i mimo, że wydałam sporo na raz, to i tak wyjdzie to ostatecznie taniej od pieluch jednorazowych, nawet wliczając pranie i wszystkie akcesoria. Chyba, że wieloświrstwo nas tak opanuje, że kupimy trzy razy więcej niż nam jest potrzebne. Wtedy argument ekonomiczny się nie sprawdzi ;) A łatwo wpaść w ten wir kupowania...
My tak naprawdę dopiero zaczynamy tą wieloprzygodę, testujemy różne opcje i sprawdzamy co nam najbardziej pasuje. Wciąż jeszcze używamy wielorazówek zamiennie z jednorazówkami, które wkładamy na spacery, wyjazdy i na noc. Powoli jednak będziemy odchodzić od tego aż zostaniemy wielowariatami :D
wtorek, 28 marca 2017
Dwa miesiące Mimisi :)
Nie mam pojęcia kiedy ten czas minął. Moje młodsze dziecię skończyło dziś dwa miesiące. I żeby ten dzień uczcić naszykowało mi więcej płaczu niż zwykle ;) Mamy gorszy dzień brzuszkowy. Czasem się takie zdarzają. Poza takimi wyjątkami moja córa jest złotym dzieckiem. Mało płacze, ładnie śpi, pięknie je i rośnie. Bardzo dużo się uśmiecha i zaczęła popiskiwać i wykrzykiwać różne dźwięki. A jakieś trzy dni temu zauważyła, że ma rękę :D Jeszcze nie umie nic z nią zrobić ale grunt, że jest ;) Poza tym zmagamy się z jakąś wysypką nie wiadomo od czego. Testuję różne produkty, czyli ich nie jem, żeby wykryć czy to od jedzenia. Winowajcą może się też okazać pranie, ale to się okaże wkrótce, mam nadzieję.
A co u Michasia? Kocha swoją młodszą siostrę. Mówi o niej "moja ukochana Mimisia". Przytula ją, głaszcze, podaje smoczek i bardzo się cieszy gdy ona go rozpozna i się do niego uśmiechnie. Wspaniale się na to patrzy, aż serce rośnie. Napajam się tymi chwilami póki są, bo raczej nie potrwają długo ;)
I tak nam mijają jeden dzień za drugim w pewnym pośpiechu, bo zanim się człowiek obejrzy już się robi wieczór. Dobrze chociaż, że wreszcie mamy wiosnę i sporą część dnia można spędzić na powietrzu, czyli młodsze śpi w wózku, a starsze szaleje na placu zabaw. I jest pięknie ;)
sobota, 4 marca 2017
O tym jak Marysia pojawiła się na świecie.
Przyszedł czas aby opowiedzieć o tym, jak nasza rodzinka powiększyła się o kolejnego małego chochlika ;)
Termin porodu miałam wyznaczony na 19 stycznia. Wszyscy
dobrze wiemy, że jest to termin umowny, jednak podświadomie wyznaczamy sobie
taką właśnie granicę. Ten dzień staje się ważniejszy od innych, na ten dzień
się czeka. Gorzej jeśli wyznaczony termin minie. W przypadku Michałka poród
przesunął się o cztery dni. Marysia jednak nie zamierzała wyjść w okolicach
wyznaczonego 19-go stycznia. Minęły kolejne cztery dni i nic. Stawałam się
coraz bardziej nerwowa. Gdy minął tydzień postanowiłam pojechać do szpitala.
Tam jednak powiedzieli, że mnie na razie nie przyjmą, a jeśli nic się nie
wydarzy samo to mam się stawić za dwa dni (wypadało to w piątek). Tego samego
dnia po południu udało mi się jeszcze wskoczyć na prywatną wizytę do
ginekologa. Od niego dostałam skierowanie na wywołanie porodu. Szczerze mówiąc
byłam załamana. Całą ciążę przechodziłam bez komplikacji i uciążliwych objawów.
Ciąża wręcz książkowa, po pierwszym naturalnym porodzie miała się zakończyć
sztucznym wywoływaniem, od którego często bardzo blisko do cesarki. Stresowałam
się strasznie, pozbyłam się nadziei, że coś zacznie się samo. Skurcze przepowiadające
miałam od dwóch tygodni, więc te które pojawiły się w nocy z czwartku na piątek
też nie zrobiły na mnie wrażenia. Rano szykowałam się do szpitala jak na
ścięcie. Na izbie przyjęć standardowe
formalności, opaska na rękę… Siedziałam z mężem na korytarzu i czekałam na
kolejne badania. Najpierw ktg bez skurczy, potem badanie ginekologiczne. Na tym
badaniu usłyszałam to jedno zdanie, o którym marzyłam: „Jeśli nic nie samo nie
zacznie, to w poniedziałek wywołanie.” Mój wyrok został odsunięty. Znów
pojawiła się u mnie nadzieja, a nawet pewnego rodzaju przeczucie, że
Marysia jednak się namyśli, tym bardziej, że od czasu do czasu czułam coraz
mocniejsze skurcze przepowiadające. Potem czekałam jeszcze w sali aż do
szpitala przywiozą nowy sprzęt do USG, w związku z czym miałam to badanie
wykonane wyjątkowo dokładnie, bo ordynator uczył się na mnie obsługi sprzętu :) Od tego momentu
poczułam już spokój. Tak jakbym pogodziła się z tym, że wydarzy się to co ma
się wydarzyć i nie ma sensu się przejmować. Wykorzystałam ten piątek do
wieczora na odpoczynek, zrelaksowanie się przy książce, bo nie oszukujmy się,
chwila ciszy bez dziecka u nogi jest cenna ;) Tym bardziej, że warunki w
szpitalu były bardzo dobre, więc czułam się swobodnie.
Spokój był do wieczora. Przed obchodem czułam, że skurcze,
które pojawiły się kilka razy w ciągu dnia, a na popołudniowym ktg w ogóle się
nie zapisały, zaczęły się nasilać. O godzinie 19 postanowiłam je liczyć.
Używałam do tego aplikacji na telefon, którą przy okazji bardzo polecam, bo znacznie ułatwia
zorientowanie się ile trwa skurcz i jak często się pojawia. Wystarczy tylko
klikać start i stop. Do godziny 23 naliczyłam 20 regularnych skurczy
krzyżowych, które z czasem się nasilały. Poszłam więc do położnych, żeby je o
tym poinformować. Jedna z nich mnie zbadała, rozwarcie powiększyło się z jednego
do dwóch centymetrów. Postanowiono podać mi środek przeciwbólowy. Usłyszałam,
że jeśli to poród to za dwie godziny urodzę, a jeśli tylko skurcze
przepowiadające to przejdą i przynajmniej się wyśpię przed akcją porodową,
która może się zacząć np. następnego dnia. Po zastrzyku skurcze nie tylko nie
przeszły, ale pojawiały się częściej i były coraz silniejsze. Pomiędzy
kolejnymi falami bólu usypiałam, żeby obudzić się tylko po to, żeby oznaczyć
kolejny skurcz w aplikacji. Dwadzieścia minut po północy, kiedy skurcze
pojawiały się co 3 minuty postanowiłam, że czas się w końcu zbadać bo jeszcze
zacznę rodzić w sali. Okazało się, że mam rozwarcie na 6 cm. Kazano mi wziąć z sali
wodę i skierowano mnie na trakt porodowy. W międzyczasie zadzwoniłam jeszcze do
męża, który czekał w domu na rozwój sytuacji. W drodze na salę porodową
rozchadzałam kolejne skurcze. Młoda położna rozmawiała ze mną, że jeśli tak mi
lepiej to położę się tylko na chwilę na ktg i potem będę mogła spacerować, żeby
lepiej znieść ból. Byłam jej wdzięczna. Tylko, że żadna z nas nie spodziewała
się takiego rozwoju sytuacji jaki nastąpił.
Kładłam się na łóżko porodowe w przerwie między skurczami,
wkłuto mi wenflon, podłączono ktg. Kolejny skurcz zapisał się na maszynie.
Położna mnie zbadała i powiedziała, że chyba już nie zdążę sobie pochodzić. Ja
już nawet nie chciałam. Czułam, że już nie dałabym rady utrzymać się na nogach.
Położna odłączyła ktg, a mi odeszły wody. Po tym akcja ruszyła z kopyta.
Położna biegała dookoła mnie rozkładając łóżko do porodu i kazała mi oddychać.
Mąż wpadł na salę w ostatniej chwili, łóżko rozłożone w połowie, a już kazano
mi przeć. Oczy miałam już zamknięte. W głowie tylko polecenia położnej i za
chwilę o godzinie 0:50 usłyszałam już płacz naszej córeczki. Zmęczona i
otumaniona, ale szczęśliwa przytuliłam ją z dziwnym wrażeniem deja vu. Mała
okazała się być bardzo podobna do swojego starszego brata. Uśmiechałam się do
tej myśli. Mąż też szczęśliwy, ale blady został wygoniony przez położne, żeby
nie zemdlał ;) Poszedł obdzwonić rodzinę i znajomych, co chwilę słysząc: „ale
jak to? Już?” J
Położna śmiała się, że następny poród to przy pierwszych skurczach to od razu
do szpitala bo nie zdążę. Podobno jestem stworzona do rodzenia :P
Córeczka urodziła się naturalnie (!) w sobotę 28 stycznia, ważyła 3400g i
miała 55 cm. Urodziła się z pępowiną owiniętą wokół nóżki i jak się okazało, na
pępowinie był supeł. Dostaję dreszczy na samą myśl, że mógł on się zacisnąć już
w brzuchu odcinając dziecku tlen. Jednak okazuje się, że wymodlona u Matki
Boskiej Gietrzwałdzkiej córcia Maria Klara ma potężną patronkę, która o nią
zadbała.
Teraz maleństwo ma już 5 tygodni, które minęły nawet nie
wiem kiedy. Wodzi już wzrokiem za zabawkami i uśmiecha się do nas od czasu do czasu.
Jest pogodnym i zdrowym niemowlakiem. Michaś bardzo dobrze zniósł pojawienie
się siostrzyczki i bardzo lubi na nią patrzeć i ją przytulać. Mówi o niej „moja
ukochana Mimisia” :)
Dla matki to ogromna radość patrzeć na swoje dwa małe szczęścia. Nie wyobrażam
sobie już życia bez tej swojej dwójki i każdego dnia dziękuję Bogu za to, że je
mam :)
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Sezon na "bez czapeczki".
Mamy wiosnę, nie da się ukryć. Jak tylko temperatura podskoczyła powyżej 10 stopni, w internecie pojawiły się hasła typu: "Sezon na 'tak bez czapeczki?' uważam za otwarty". No tak, tak to już jest, że możemy na ulicy spotkać wielu doradców i to przecież oni wiedzą najlepiej, co jest dobre dla naszego dziecka ;) Stąd też często pojawiające się pytanie od obcych "A dlaczego bez czapeczki? Przecież to zimno!" Znacie to? Ja osobiście od nikogo (prócz oczywiście mojej mamy ;) ) czegoś takiego nie słyszałam. Ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają. A wiecie co sobie o tym myślę? Uważam, że w tym okresie pogoda może być jeszcze zdradliwa. Fakt, że na termometrze widnieje 15 lub więcej stopni nie zmienia tego, że mamy dopiero początek kwietnia i aura bywa zmienna i kapryśna, a odczuwalna temperatura i tak jest inna zwłaszcza przy wietrze. Mieliśmy kilka bardzo ciepłych dni. Na termometrach 20 stopni, dzieciaki latały porozbierane do samych koszulek, a ja jakoś tak w cienkiej kurtce mimo wszystko czułam się lepiej. I mój synek też miał na głowie czapkę. Oczywiście już cieniutką, ale jednak. Mówią, że ciepło ucieka przez głowę. Może coś w tym jest. Mi osobiście ucieka przez stopy :D Ale wracając do tematu. Przedwczoraj np. widziałam na spacerze małe, na oko 8 miesięczne dziecko, bez czapeczki, a temperatura była nieciekawa. Przede wszystkim z powodu wiatru. Oczywiście nie zamierzam nikogo pouczać jak ma ubierać swoje dziecko, ale uważam, że to troszkę nieodpowiedzialne. Może i takie dziecko się nie przeziębi, może rodzice je hartują i nie zmarznie, ani nawet noskiem z katarem nie pociągnie. I dobrze. Mnie się po prostu wydaje, że przy wietrze i średnio wysokiej temperaturze, nawet w słoneczku takiemu dziecku może być po prostu nieprzyjemnie. Tak zwyczajnie. Przecież taki maluszek nawet za bardzo włosków nie ma, które by go tak jakoś otuliły. Ja sama czasem się czuję niekomfortowo bez chociaż opaski na uszy. A włosów do osłony trochę mam. Dlatego mój synek jeszcze chodzi w czapce. I bardzo ją lubi i nie daje sobie zdjąć nawet w windzie. Gdyby mu było za gorąco pewnie by mi chciał ją oddać. A chyba tak jest mu dobrze. I życzę wszystkim dzieciom, żeby im też było dobrze. O! W czapce czy bez! ;)
A Wy co o tym sądzicie?
czwartek, 1 stycznia 2015
Podsumowanie roku 2014 :)
Jak wszystkie blogi, i ja lecę oklepanym standardem, czyli podsumowaniem roku ;)
Wiadomo oczywiście kto króluje w moim podsumowaniu. Nikt inny tylko mój mały Chochlik Michałek. No ale od początku. Od stycznia do maja czas mi się ciągnął :) Przygotowywałam się do porodu i powitania na świecie mojego dzieciątka. Gdzieś w pobliżu lutego szalałam na zakupach ciuszkowych, a w kwietniu ogarnął mnie już całkowity szał kupowania, sprzątania, układania i ogólnie szykowania mieszkania na pojawienie się synka. Ostatnie tygodnie ciąży ciągnęły się potwornie. Brzuszek ze skaczącym w środku maluchem już coraz bardziej dokuczał, nie było się czym zająć, torba szpitalna leżała na podłodze i mnie denerwowała. Zwłaszcza gdy 10-go maja minął termin porodu. Na szczęście Michaś nie kazał na siebie długo czekać i w końcu 14-go maja 2014 o godzinie 23:05 na świecie pojawił się mój malutki synek. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. No a potem się zaczęło... Zanim się obejrzałam moje maleństwo urosło i z noworodka zmieniło się w niemowlaka. Najpierw jeszcze takiego nierozumnego, a w końcu bardzo kontaktowego i wesołego. Gdy skończył pół roku obejrzałam się za siebie i nie mogłam pojąć kiedy i gdzie uciekł ten czas. Dopiero co był maj, a już przyszedł listopad. Natomiast grudzień tego roku był wyjątkowy. Michałek skończył 7 miesięcy i tę miesięcznicę spędzał w naszych rodzinnych stronach, wśród dziadków, babć, cioć i naszych znajomych. To był wyjątkowy miesiąc. W końcu to były nasze pierwsze święta z synkiem. Wyjątkowo zostały zorganizowane w naszym domu. Zjechała się cała rodzina. Każdy coś dobrego przygotował, choinka pięknie świeciła, a przy stole był gwar i radość. Było wspaniale. Michaś dostał oczywiście najwięcej prezentów ;) Mikołaj obdarował go misiem, pianinkiem, kompletem pościeli z kołderką i podusią oraz kopertą ;) Ostatecznie synek w wigilię padł dopiero o 23 :D No, ale w taki dzień mogłam mu na to pozwolić. Pierwszy dzień świąt spędziliśmy u mojej babci, czyli Michałka prababci i mały też był jak zwykle w centrum zainteresowania. Był bardzo grzeczny i ciągle się śmiał. W ogóle mam cudowne dziecko ;) W podróży nie grymasił, do obcych podchodził z dystansem, ale szybko się przyzwyczajał, dużo się uśmiechał i nauczył się siadać! Teraz próbuje, oprócz pełzania, również podnoszenia się na kolanka. Dziś już nawet zrobił pierwszy "krok" na czworaka :) Pięknie potrafi się bawić. Nawet sam potrafi się na dość długo czymś zająć. Tylko mamie nie pozwala za bardzo wyjść z pokoju. Strasznie przy tym protestuje ;)
Tak więc cały mój rok upłynął pod znakiem synka. Nic więcej się dla nas nie liczyło. Wszystko kręciło się i dalej kręci wokół niego. Z takim cudem w domu ten Nowy Rok będzie na pewno wyjątkowy i piękny. Tego sobie i Wam życzę :)
niedziela, 23 listopada 2014
Poradniki - wilki w owczej skórze?
Uwielbiam książki. Również te spoza beletrystyki. Lubię również wszelkiego rodzaju poradniki, ale muszę przyznać, że nie raz się na nich przejechałam.
Gdy zaszłam w ciążę od razu poleciałam do księgarni. Zakupiłam dwa najpopularniejsze poradniki dla kobiet w ciąży i dla matek: "W oczekiwaniu na dziecko" oraz "Pierwszy rok życia dziecka". Dwa grube tomiska, które nie nadają się do czytania od deski do deski. Raczej służą mi jako "encyklopedia", gdy czymś się zainteresuję. Przeglądałam je wg. rozdziałów w zależności od tygodnia ciąży i rozwoju dziecka. Muszę przyznać, że ogólnie bardzo lubię te pozycje, bo zawierają naprawdę dużo przydatnych informacji. Problem w tym, że niektóre nie są dostosowane do naszych realiów, ponieważ są to książki amerykańskie. Przykład? Napisane w nich jest, że krzywą cukrową wykonuje się pijąc napój o smaku pomarańczowym :D Ale takie niuanse po prostu omijam. Bardziej posłużyła mi pierwsza część, ta o ciąży. Z ogromną przyjemnością czytałam o rozwoju dziecka tydzień po tygodniu. Rozwiała też sporo moich wątpliwości.
Kolejny bardzo znany poradnik pożyczyła mi moja ciocia. Jest to "Język niemowląt" Tracy Hogg. Kto o tym nie słyszał...? Dziecięca szeptunka, jak nazywa siebie autorka, pomaga na przykładach ze swojej pracy z dziećmi, zrozumieć zachowania i komunikaty naszych pociech. Ciekawa książka, ale kojarzy mi się raczej z nauką tresury dzieci jak np. odkładanie dziecka po kilkadziesiąt razy do łóżeczka, żeby nauczyło się samo usypiać.
Obok poradników książkowych, miałam całą stertę czasopism i ulubionych stron internetowych. Chłonęłam wiedzę w nich wypisywaną i czułam, że z dnia na dzień coraz lepiej przygotowuję się do roli matki, że nic mnie nie zdziwi, bo wiem praktycznie wszystko. No i wiem sto razy więcej niż wiedziała kiedykolwiek moja czy męża mama. Teraz są nowe badania, nowa wiedza, jest lepiej i łatwiej. Takie miałam podejście. Chwaliłam się przed mężem znajomością tych wszystkich informacji dotyczących opieki nad niemowlęciem, wychowania. Czułam się naprawdę "wyedukowana". Jak łatwo było można przewidzieć wszystko, za przeproszeniem, trafił szlag :) Maleństwo pojawiło się na świecie i wszystko się pozmieniało w mojej głowie ;)
Żeby nie było, wiele poradników ma rację w różnych sprawach i często są pomocne. Mogą być wsparciem przy jakichś trudniejszych momentach, pomagają usystematyzować jakąś wiedzę o maluszkach. Podają jednak porady, a nie zasady według których trzeba postępować. Często też na wiele ze sposobów podanych w poradnikach, mamy wpadają same. Ot tak, instynktownie. Ja, jako świeżo upieczona mama, całkiem straciłam głowę. Im więcej czytałam tym było gorzej. Przykładowo, zadręczałam się co jest nie tak z moim synkiem, że (mając tydzień) ssie pierś co godzinę, a przecież T. Hogg napisała, że zdrowe dziecko nie potrzebuje ssać częściej niż co 2-3 godziny. Dopiero w innym poradniku przeczytałam o karmieniu na żądanie i zrozumiałam, że wszystko jest tak jak powinno. Niestety, często łapałam się na tym, że "czytałam, że powinno być inaczej". I chociaż byłam świadoma, że poradniki to tylko zbiory wskazówek, wciąż i wciąż zdarzało mi się za bardzo im ufać. Gdy Michaś miał dwa tygodnie uznałam, że te wszystkie książki i gazety przytłumiły mój instynkt macierzyński, że chciałam zrobić coś, co przecież w poradnikach było krytykowane: wpisać swoje dziecko w jakieś ramy zachowań, ustalone przez lekarzy, naukowców, psychologów i nie wiadomo kogo jeszcze. Po prostu się w tym wszystkim zagubiłam, zapominając, że każde dziecko jest inne. Że to co teraz piszą w książkach zaraz może się zmienić jak np. wytyczne dotyczące żywienia niemowląt. Naprawdę można się nieźle przejechać.
Drogie mamy, nie dajcie sobą manipulować. Nie wierzcie do końca tym wszystkim poradnikom. Porównajcie je sobie, a zauważycie informacje, które sobie przeczą. Jedni uważają tak, inni inaczej. Do każdego dziecka trzeba podejść indywidualnie. Nie mówię poradnikom i gazetom "nie", bo nie raz zdarza się, że coś mogą podpowiedzieć, ale trzeba to czytać z odpowiednim podejściem i nie wierzyć w 100% w to co jest napisane. Podobnie patrzeć musimy na rady innych mam czy babć i ciotek. Słuchajmy, czytajmy, ale dobrze rozważmy. A potem idźmy swoją dróżką, bo nasze dziecko jest wyjątkowe i pisze swój własny, jedyny w swoim rodzaju poradnik ;)
piątek, 14 listopada 2014
Pół roku!!!
Dzisiaj o 23:05 moglibyśmy zjeść pół tortu i zapalić pół świeczki ;) Nasz mały Chochlik kończy sześć miesięcy. Przechodząc dziś obok szpitala w którym rodziłam, pomyślałam sobie jak to było, gdy tam trafiłam i dotarło do mnie, że to było pół roku temu! A ja czuję się jakby minął raptem miesiąc... Jak ten czas szybko leci!
Michałek jest wspaniałym dzieckiem. Teraz jest z dnia na dzień coraz bardziej kontaktowy. Gdy na coś patrzy to już tak rozumnie. Widać w jego oczkach ciekawość i chęć poznania świata. Bardzo dużo się uśmiecha, śmieje się w głos w trakcie zabawy, turla się, kręci w kółko, sam bierze zabawki. Każdego dnia się czegoś uczy. Ćwiczy nowe dźwięki. Powolutku próbuje też podnosić się na kolanka, ale to jeszcze dużo przed nami do raczkowania. Siedzieć też jeszcze nie umie, posadzony jeszcze się chwieje, ale fajnie jest móc go sobie trzymać na kolanach i czytać książeczki. Na razie ogląda w nich tylko obrazki i klepie rączką w kolejne strony, chociaż zauważyłam, że uśmiecha się na znajome rymowanki :) Codziennie mnie czymś nowym zadziwia. Nowym gestem, nową głoską. Wciąż cierpliwie czekam na pierwsze "mama" ;)
Największą radością jest dla nas cieszenie się z rozwoju synka, gdy wiemy, że jest zdrowy. Wszystkie kolki i bóle brzuszka poszły precz. Hura! Dzięki temu możemy spokojnie rozszerzać dietę Michałka. Okazało się, że Chochlikowi smakują praktycznie wszystkie warzywa (trochę grymasił na brokuły i nie przepada za zielonym groszkiem) za to nie chce jeść jabłek ani bananów ;) Im bardziej dziwne jedzenie tym chętniej je. Z owoców polubił suszone śliwki, a dziś nie nadążałam z łyżeczką jak zasmakował w ziemniaczku z pasternakiem :) Nawet ja nie jadłam nigdy tego warzywa :) Ogólnie nie mamy z nim problemów w karmieniu. Jeśli coś mu nie do końca smakuje to krzywi się tylko na pierwsze trzy, cztery łyżeczki, a potem już normalnie otwiera buzię i je do końca gadając przy tym jak przekupa na targu ;) Niedługo do obiadków zaczniemy dodawać mięsko. Ciekawe co polubi najbardziej :)
W taki dzień jak dziś aż się chce podsumować to co się działo przez te pół roku. Zaczynałam od małych lęków, nerwów, zmęczenia i ogromnej radości. Z każdym dniem i miesiącem takie odczucia jak stres czy niepewność znikały, a pojawiało się coraz więcej porządku i jeszcze więcej radości i miłości. Teraz już nic nie jest mi straszne, nauczyłam się rozumieć swoje dziecko i choć wciąż czuję się zmęczona gdy mały ma gorszą noc lub nie chce spać w dzień to czuję się po prostu spełniona i każdego dnia budzę się z uśmiechem na ustach, gdy widzę swój największy ukochany skarb obok siebie, gdy jego bystre oczka patrzą na mnie z radością, gdy wyciąga do mnie łapki, żeby złapać mnie za włosy ;) Nie wyobrażam sobie już innego życia. Pół roku temu nie spodziewałam się, że można być aż tak szczęśliwym i tak mocno kochać! Bycie mamą jest cudowne!
wtorek, 14 października 2014
Przybij piątkę!
Dziś nasz mały chochlik kończy pięć miesięcy. Razem z mężem nie dowierzamy jak szybko ten czas minął. Z malutkiego nierozumnego dzieciątka, nasz synek wyrósł na uroczego, mądrego i chętnego do zabawy chłopca. Widać, że rozumie już coraz więcej. Sam się bawi swoimi zabawkami, sam je sobie bierze do łapek, czy może bardziej do buzi, gdzie trafia wszystko ;) No i potrafi przybić piątkę ;) Tak naprawdę, jego ulubioną zabawą jest trzymanie swoich zabawek w lewej rączce i bicie ich po głowie prawą łapką, tak, żeby wydawały różne dźwięki. Z moją dłonią robi to samo, ale wygląda to jakby właśnie przybijał piątkę ;) Przekręca się też na brzuszek przez oba boczki i, co za tym idzie, coraz trudniej go przewinąć i uśpić w łóżeczku. Tak naprawdę, dopiął w końcu swego i usypia nam na rękach, bo w łóżeczku, na brzuszku, na wyprostowanych rączkach usnąć się nie da ;)
To co uwielbiam w moim synku to jego śmiech. Uśmiecha się do mnie codziennie, a w zabawie śmieje się w głos gdy go łaskoczę. Rano gdy się budzi i mnie widzi (nad ranem biorę go do siebie, do łóżka) to uśmiecha się, przekręca na boczek i wyciąga do mnie łapki. Zapominam wtedy, że jest np. 5 rano i jestem niewyspana. Taki widok jest niezapomniany.
Ponieważ synek kończy pięć miesięcy, przepisowo zaczynamy wprowadzać gluten. Dziś Michałek dostał swoją pierwszą porcję czegoś innego niż mleko mamy. Wprawdzie była to niewielka ilość, bo wszystko lądowało na brodzie, albo na śliniaku, ale to zawsze coś. Jutro kolejna próba i mam nadzieję, że Michałek zje już więcej ;) Oczywiście plany były inne... Michaś miał najpierw dostać marchewkę, potem dynię, brokuły... i wszystko nam się posypało przez nawrót kolki :( Znowu musimy brać leki, a co za tym idzie, nie możemy podawać nowych pokarmów dopóki brzuszek się nie uspokoi. Jedynie na gluten mamy pozwolenie, bo z tym nie ma co czekać. Mamy jednak nadzieję, że wszystko wkrótce wróci do normy i będziemy mogli zacząć przygodę z nowym jedzonkiem, bo zapasy mamy niczego sobie ;)
wtorek, 7 października 2014
Każdy lubi gratisy :)
Dzisiaj post informacyjny, ciekawy i pouczający ;) A mianowicie o gratisowych próbkach produktów dla dzieci. Ostatnio dostałam sporo fajnych rzeczy i chętnie się podzielę informacją co, gdzie i w jaki sposób można otrzymać.
1. Rejestracja na stronie Pampers
Otrzymujemy rabat na kupno pieluszek w internetowym sklepie agito.pl
2. Rejestracja na stronie Bebiklubu
Otrzymujemy próbki mleka modyfikowanego Bebiko 2
3. Rejestracja na stronie Bebiprogramu
Ja zarejestrowałam się gdy byłam jeszcze w ciąży i otrzymałam kołysanki instrumentalne oraz teczkę, która świetnie się sprawdziła jako teczka na kartę ciąży, wyniki badań oraz pierwsze zdjęcia maluszka - USG :)
Po urodzeniu dziecka nie dostałam nic... Okazało się, że to co powinnam otrzymać po urodzeniu, doszło do mnie dopiero po 4 miesiącach. Była to większa "teczka" (mniej praktyczna, nie wiem na co), poradnik dla świeżo upieczonych rodziców, próbka mleka następnego Bebilon oraz śliniaczek z misiem :)
4. Rejestracja na stronie Hipp
Firma Hipp, po rejestracji w klubie przesyła paczuszkę, która zawiera słoiczek od 4 miesiąca (u mnie marchewka z ziemniakiem), łyżeczkę oraz kupony rabatowe do Rossmanna. Kupony te to 15% - 20% zniżki na produkty firmy Hipp (po jednym na słoiczek z deserkiem, z obiadkiem, soczkiem, chusteczkami, płynem do mycia itp.) oraz jeden kupon do zrealizowania w Rossmannie, z którym za 1 grosz otrzymujemy kolejne pudełeczko w którym jest słoiczek z obiadkiem, drugą, większą łyżeczką oraz soczkiem. Bardzo przydatne gratisy, które podziałały na mnie od razu ;)
5. Rejestracja na stronie Bobovita
To moja ulubiona strona :) Tutaj otrzymujemy paczuszkę ze słoiczkiem "Pierwsza łyżeczka - marchewka", próbką kaszki, kuponem na darmowe próbki mleka Bebilon, oraz poradnikiem dotyczącym rozszerzania diety dziecka w 5 krokach. To spodobało mi się najbardziej. Oczywiście, traktuję te 5 kroków tylko jako wskazówki, a nie przepisy, których muszę się trzymać. Poradnik pomaga jednak zorientować się na wstępie co i jak. Poza tym, szczerze polecam doradców z Bobovity. Kontaktowałam się z nimi, drogą mailową, w sprawie wprowadzania glutenu. Bardzo rzeczowe odpowiedzi otrzymywałam dosłownie po 2 godzinach. To lubię :) Od czasu do czasu wracam na tę stronę poczytać artykuły o żywieniu dzieci. Po prostu przypadła mi ta stronka do gustu :)
6. Rejestracja na stronie Family Service
Firma Family Service zajmuje się paczkami pełnymi próbek, które otrzymujemy w szpitalu po narodzinach naszego maleństwa. Ich stronę internetową znalazłam właśnie na "Niebieskim pudełku". Podobno po rejestracji, wysyłają kolejne próbki dopasowane do wieku dziecka. Zobaczymy. Na razie w podziękowaniu za rejestrację dostałam kod na fotoksiążkę za 49zł. Na razie nie skorzystam, bo do tego trzeba jeszcze doliczyć koszty przesyłki, a za te pieniądze wolę kupić synkowi ubranka, albo zabawki :)
7. Karta Rossnę
Wzór kart co jakiś czas się zmienia. Moja wygląda tak:
A oto otrzymany magazyn:
A na koniec chciałam się podzielić jeszcze jednym otrzymanym gratisem, który dostałam dzięki kuponowi z "Niebieskiego pudełka" otrzymanego w szpitalu. Nie jest to więc coś co można otrzymać za rejestrację na stronie, więc nie podaję tego jako kolejny punkt mojej listy. Jest to jednak fajna rzecz i dlatego chcę o tym wspomnieć. A więc... W paczce szpitalnej był sobie kupon od firmy K's Kids. Nie słyszałam nigdy o tej firmie, dlatego ich ulotka mnie zainteresowała. Na kuponie wystarczyło zaznaczyć rodzaj książeczki jaką chcę otrzymać, wpisać adres i odesłać do firmy. Do wyboru były dwa tytuły: dźwięki w moim domu albo dźwięki instrumentów. Ja wybrałam tę pierwszą. Wysłałam kupon z myślą "E, pewnie jakaś tania, mała książeczka, ale jak gratis to gratis." Jakież było moje zaskoczenie, gdy otrzymałam pewnego dnia dużą paczkę, a w niej wyżej opisaną książeczkę, o której zapomniałam. Bardzo miło mnie to zaskoczyło. Książeczka okazała się bardzo fajna. Jest duża (ok. 20x20 cm), miękka, z przyciskami wydającymi oczywiście dźwięki spotykane w domu jak dzwonek do drzwi czy szczekanie psa. Jest to produkt wykonany bardzo solidnie, ma nawet miejsce na wymianę baterii, więc nie trzeba się martwić, że nagle po prostu przestanie grać i tyle. Po takim prezencie, firma daje o sobie pamiętać i na pewno w przyszłości rozważę kupno zabawki edukacyjnej dla synka właśnie od K's Kids.
Więcej grzechów nie pamiętam ;) Jeśli znacie jeszcze jakieś strony, które tak jak te, dają możliwość gratisowego zapoznania się z produktami dla dzieci, dajcie znać. Ode mnie to tyle :)
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Chochlik codzienny #1
Co to jest chochlik codzienny? A to taki post o wszystkim i o niczym :D Wzięło się to stąd, że chciałam coś napisać, ale nie wiedziałam co, bo żaden konkretny temat mi się w głowie nie pojawił. Dlatego też napiszę tak po prostu co tam u nas ciekawego. Pewnie co jakiś czas taki post się pojawi, więc szukajcie ich pod wspólną nazwą :)
Nasz mały chochlik za dwa dni skończy 16 tygodni i choć minęły nam te magiczne trzy miesiące już tydzień temu, to z chochlikowym brzuszkiem wciąż jest różnie. Codziennie od popołudnia przelewa mu się w brzuszku jakby stado wielorybów płynęło przez ocean, taki jest bulgot jak się ucho przyłoży. Przez te gazy maluszek nie może nawet zjeść spokojnie i wierci się przy piersi po 5-6 minutach cmokania. Ratujemy się kropelkami, herbatką koperkową i dłuuuugim leżeniem na brzuszku, połączonym z puszczaniem bączków i bekaniem... mała świnka ;) Ogólnie jest lepiej niż było jeszcze 3 tygodnie temu, kiedy maluszek potrafił płakać cały dzień z bólu. Teraz jest o wiele bardziej pogodny i nawet po krótkim płaczu przy piersi zaraz się uśmiecha i gaworzy. Jest też coraz bardziej kontaktowy i bawi się zabawkami. Potrafi złapał grzechotkę, którą ma przed sobą i to obiema łapkami. A jak przy tym ją obserwuje! Raz udało mu się nawet złapać nogę, ale tylko przez przypadek ;) Jeśli chodzi o podnoszenie główki na brzuszku to jak się go zachęci grzechotką to pięknie trzyma główkę, ale tak to jest leniuszek, łapki mu się rozjeżdżają i leży sobie i odpoczywa :)
Przed nami teraz wyjątkowy dzień. W sobotę wyruszamy w drogę w rodzinne strony, gdzie będzie organizowany chrzest naszego synka. Czeka nas 500km podróży. Michaś ma za sobą częste przebywanie w samochodzie i jedną podróż 2,5 godzinną (x2, bo powrót tyle samo) ale teraz to już będzie hardcore ;) Planujemy położyć się razem z nim spać około 20 w piątek i jak się obudzi między 1 a 3 (bo z nim to ciągle nic nie wiadomo ;) ) wyruszyć w drogę, tak żeby część jeszcze sobie spokojnie przespał i tak, żeby mąż był w miarę wyspany :) Na drogę kupiłam nawet chochlikowi nową zabawkę i dam mu ją dopiero w trasie wtedy będzie nią dłużej zajęty, to pewne. Wybrałam miękką książeczkę z szeleszczącymi stronami i gryzakami na rogach -> klik. Wszystko co szeleści jest przez niego ubóstwiane ;) Wczoraj bawił się folią z opakowanie z filcowymi podkładkami pod meble (które na dodatek były czarne, przyklejone na białym tle!) :D Chciał ją oczywiście wpakować do buzi, ale mama nie pozwoliła, za to upewniła się, że książeczka spełni swoje zadanie w 100% :) Poza tym w samochodzie będzie jechał z nami cały dobytek. Pełno ciuszków, zabawek, wózek, łóżeczko turystyczne, mata edukacyjna i jeszcze kot! W końcu przed nami dwa tygodnie na wsi. Ciekawa jestem jak chochlik zniesie tę zmianę otoczenia i czy w ogóle będę miała go choć trochę dla siebie w otoczeniu dziadków, cioć i innych członków rodziny ;) Przed nami więc ciekawe dni!
czwartek, 14 sierpnia 2014
Trzy miesiące
Dzisiaj nasz Michałek kończy trzy miesiące. To już czwarty trymestr jego życia ;) a mój mały chochlik rośnie jak na drożdżach :) Jest taki duży, że jak na niego patrzę to się dziwie, że on kiedyś był w moim brzuchu, a potem mieścił się w obu rękach. Teraz jest już ciężki i długi. Piszę ten post i patrzę właśnie na mojego synka. Leży spokojnie obok mnie, macha łapkami i nóżkami i coś mi próbuje po swojemu powiedzieć. Gdy tylko się do niego nachylę natychmiast się uśmiecha i robi "ghhhh". Jest przeuroczym dzieckiem i rozumie już coraz więcej. Ostatnio przyłapałam go na oglądaniu swojej rączki. Był w nią taki wpatrzony, ruszał nią i wodził za nią wzrokiem. Potem spojrzał na mnie i pomachał tą rączką jakby chciał powiedzieć "Zobacz mamusiu co odkryłem. Rączka!" :) I tą rączką właśnie trąca wiszące nad nim grzechotki albo już zaczyna łapać sobie zabawki i ciągnąć do buzi. Jeszcze nie umie się nimi bawić, a najlepszą rozrywką jest jednak ssanie palców, albo nawet całych piąstek :)
Z okazji ukończenia 3 miesięcy Michałek dostał nową grzechotkę:
Najprostsze zabawki są najlepsze. Chochlik bardzo szybko załapał o co w tej zabawie chodzi. Bardzo ładnie łapał grzechotkę gdy mu ją podawałam, machał szybko rączką i przyglądał się na nią z zastanowieniem. To było takie urocze :) O dziwo, grzechotka nie wylądowała jeszcze w buzi ;)
Co jeszcze potrafi mały chochlik? Usypia już coraz ładniej na noc, położony na brzuszku podnosi wysoko główkę... czy może podnosił, bo ostatnio chyba mu się nie chce, albo zapomniał jak to się robi ;) Ogólnie jest dużo bardziej ruchliwy, co sprawia nam kłopoty przy kąpieli ponieważ chochliś stwierdził, że najfajniej jest machać wszystkimi kończynami będąc właśnie w wodzie i wychlapując ją naokoło wanienki. A ostatnio mama ma cyrk z ubieraniem, bo okazuje się, że Michaś nie mieści się w część ubranek na 62 a w tych na 68 się topi. Podobnie jest z pieluchami. Te w rozmiarze 2 zrobiły się krótkie i zjeżdżają mu z pupy, a trójkami mogę go w pasie dwa razy owinąć ;) Także obecnie jesteśmy na etapie pomiędzy i czekamy na dalszy rozwój, który z tego co zauważyłam, postępuje coraz szybciej, chociaż jest troszkę przyhamowany przez bardzo częstą wśród dzieci asymetrię. Od dawna już zwracałam uwagę na to, że Michaś odwraca główkę tylko w jedną stronę i w końcu zdecydowałam się na konsultację rehabilitacyjną. Oczywiście prywatnie, bo na fundusz zaproponowali nam wizytę na nowy rok... :-/ Byliśmy u pani rehabilitantki, przez godzinę mały był przez nią ćwiczony (niestety trochę się spłakał przy tym wszystkim) i teraz ćwiczy z mamą w domu. Udaje nam się co jakiś czas przytrzymać główkę z drugiej strony (odkąd ćwiczymy, trzyma ją coraz dłużej), druga rączka jest coraz sprawniejsza w zabawie, tylko na brzuszku główka nie podnosi się tak jak powinna w tym wieku, ale to też ćwiczymy. W sumie... mam mieszane uczucia i nie wiem czy dobrze robię bawiąc się w te rehabilitacje. No bo kto kiedykolwiek o tym słyszał jeszcze parę lat temu? Pewnie maluszek i tak by wszystko wyćwiczył sam, w swoim czasie. No ale jak już się powiedziało "a" trzeba powiedzieć "b" no i ćwiczymy. Tak więc pniemy się dalej w rozwoju i chochlikowo pozdrawiamy "ghhhh" ;)
wtorek, 12 sierpnia 2014
Potęga miłości
Wczoraj obejrzałam pewien filmik i nie mogę się nim nie podzielić. Jest on wzruszający, ale trzeba mieć mocne nerwy. Ja oczywiście płakałam jak bóbr w trakcie oglądania i po. Jest to historia zainspirowana prawdziwym życiem, bo takie przypadki się zdarzają. Tam gdzie lekarze rozkładają ręce, gdzie współczesna medycyna jest bezradna, wygrywa miłość. Matka ma w sobie takie pokłady miłości, że przelewając ją na dziecko może nawet pokonać śmierć. To jest piękne!
sobota, 9 sierpnia 2014
Bycie mamą - cała prawda
Dzisiaj będzie bez owijania w bawełnę. Będzie cała prawda i tylko prawda, o tym jak to jest być mamą. Zacznijmy od tego, że w ciąży kobieta wyobraża sobie jak to będzie jak już urodzi, jak się będzie zajmować swoim dzieciątkiem, jak maluszek będzie się rozwijał, rósł, pokonywał kolejne etapy jak pierwszy uśmiech, pierwszy obrót itp. I ja oczywiście też tworzyłam sobie w głowie przeróżne wizje pod tytułem "Jak to będzie?". No i jak to jest? Bardzo daleko od wszelkich wyobrażeń ;) Rzeczywistość szybciutko zweryfikowała moje podejście do macierzyństwa. Oczywiście, nigdy nie myślałam, że dziecko będzie się tylko uśmiechać, nigdy nie zapłacze, będzie rozkoszne, bezproblemowe itd. Wiedziałam, że będzie płakać, że wymaga pracy i poświęcenia, ale nie oszukujmy się. Dopóki się tego nie poczuje na własnej skórze, żadne wyobrażenia nie sprostają rzeczywistości. Najtrudniejsze są pierwsze tygodnie. Dziecko przez pierwsze dni tylko je i śpi, po obudzeniu płacze na jedzenie i znowu śpi, a potem nagle coś mu się robi. Płacze coraz więcej, czasem nie chce spać, brudzi trzy pieluchy przy jednym przewijaniu, marudzi, wisi na cycku... Istny bałagan. I to z każdym dniem coraz większy. Matka w połogu, zmęczona, obolała, niewyspana, a dziecko się drze i to bez powodu. Najedzone, przewinięte, nie chce spać i płacze. Ręce opadają od noszenia, w głowie kłębią się myśli "oto właśnie przyzwyczajam je do ciągłego noszenia, będę miała przerąbane..." albo czasem coś jeszcze innego "jak nie przestaniesz płakać, to się wyrzucę przez okno" ;) Prawda jest taka, że jest ciężko. Zwłaszcza, że takiego malutkiego dzieciaczka nie ma czym zabawić bo jest jeszcze za mały. Często w takich chwilach ma się szczerze dosyć. Jest się przytłoczonym nadmiarem obowiązków, bezsilnością przy płaczu, rozchwianiem hormonalnym. Nie ma kiedy zjeść, odpocząć, odespać nieprzespanych nocy, a nieraz nawet skorzystać z toalety ;) Niektórzy właśnie wtedy decydują, że to pierwsze i ostatnie dziecko. A jak się potem zaczną kolki lub inne problemy z małym brzuszkiem? Człowiek się o ściany obija ze zmęczenia i bólu głowy. Średnio pocieszająca jest nowina "po trzecim miesiącu przejdzie" bo zaraz pojawia się komentarz uśmiechniętej znajomej mamusi: "Poczekaj, aż zacznie ząbkować". Oj tak... Jeszcze te wszystkie "dobre rady" wygłaszane przez babcie i ciocie. Zostawię to bez komentarza.
I tak lecą dni, tygodnie, miesiące i wiecie co? Nawet nie wiadomo kiedy wszystko się układa. Dziecko się zmienia, uspokaja, dzień zaczyna się układać. Każdy nowy dźwięk wychodzący z małych usteczek, każdy grymasik, uśmiech, machnięcie rączką czy nóżką, spojrzenie pełne ufności czy figlarne... to wszystko daje ogromną radość. Nagle zapomina się o wszystkich trudach, a dostaje się ogromną nagrodę w postaci nowego, małego człowieka, którego kocha się bez granic i choć nie raz jeszcze da on w kość i kolejne wyobrażenia zderzą się z rzeczywistością i spowodują niezły bałagan, bezsilność czy zwątpienie to i tak te problemy nie wygrają z prawdziwą, radosną stroną macierzyństwa. To naprawdę jest do zrobienia, trzeba przetrwać trudności i potem obierać nagrody, każdego dnia, i cieszyć się, że jest się mamą, bo to naprawdę niezwykłe doświadczenie.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Dwa miesiące!
Dzisiaj Michałek kończy już dwa miesiące. Czas leci niesamowicie szybko. I maleństwo też szybciutko się rozwija. Coraz częściej podnosi głowę wysoko, leżąc na brzuszku, a trzymany na rękach utrzymuje ją już dość sztywno. Do tego przepięknie się uśmiecha, wodzi wzrokiem za zabawkami i zauważa kolorowe rzeczy, nie tylko te w kontrastach. Każdego wieczoru przed snem "rozmawia" z sówkami z ochraniacza na szczebelki i usypia przez to ponad godzinę później. No ale co zrobić? Jak mu zasłonię to się złości ;)
Poza tym mój chochlik jest złotym dzieckiem. Jeśli tylko nic go nie boli to praktycznie nie płacze. Czasem tylko marudzi gdy jest głodny lub śpiący. Potrafi nawet godzinę leżeć bez jednego kwęknięcia, uśmiechając się i machając łapkami i oglądając otaczający go świat :)
niedziela, 6 lipca 2014
Chochlikowe trudności życiowe
Ostatnio mieliśmy troszkę brzuszkowych problemów z naszym chochlikiem. Zaczęło się od pewnego rodzaju zaparć. Widać było, że synek się męczy. Płakał, napinał się... i nic. Gdy poszliśmy na szczepienie, które zniósł bardzo dzielnie, pani doktor przepisała nam lek. Niestety niewiele pomógł bo niby zaparcia minęły, ale maleństwo dalej płakało z bólu, a ten płacz rozdzierał mi serce. Po dwóch płaczliwych dniach poszliśmy do pediatry (przy szczepieniu był badany przez internistkę) no i widać było, że ta pani doktor lepiej się zna ;) Zbadała, zadała parę pytań i postawiła prostą diagnozę: bolesne wzdęcia. Przepisała nam inne leki i kazała przyjść na kontrolę po dwóch dniach. Pełna nadziei podałam Michałkowi nowe leki i czekałam. Pierwszy dzień był koszmarny. Michałek ciągle płakał, ostatecznie uspokoił się po espumisanie i serii bączków. Na szczęście noce przesypiał spokojnie i usypiał też na spacerach więc nie było aż tak źle. Drugi dzień był wspaniały, bo prawie bez płaczu, chociaż wieczorem pokazała się kolka. Ja byłam załamana. Bardzo przeżywałam tą jego chorobę. Okropnie było mi go szkoda i cierpiałam, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc. Na dodatek chodziło mi po głowie widmo butelki... No bo może moje mleko mu szkodzi, może to nietolerancja laktozy albo inne świństwo i będę musiała pożegnać się z karmieniem piersią, które tak wiele dla mnie znaczy. Gdyby nie mąż, to psychicznie bym nie dała rady. Ale doczekaliśmy do kolejnej wizyty. Z maluszkiem było już ogólnie lepiej, a pani doktor zakazała mi nawet myśleć o przejściu na mm. Ostatecznie wciąż dajemy małemu leki, ale problem z brzuszkiem zniknął. Michałek jest pogodny i coraz więcej się uśmiecha, a co najważniejsze - nie cierpi. Odetchnęłam z ulgą. Wiem jednak, że jego problem jest powszechny wśród niemowląt do 3 miesiąca życia i trzeba to po prostu przeczekać. Więc czekamy. W piątek jeszcze wizyta kontrolna i zobaczymy czy odstawimy leki i co będzie dalej.
Ale mamy jeszcze jedno życiowe zamieszanie. Zaczęliśmy kilka dni temu 8 tydzień i w związku z tym Michaś zrobił się marudny i bardzo często woła cyca. Gdy go dostanie to tylko na nim wisi. Widać, że nie jest głodny, ale, że chce swoim chochlikowym zwyczajem possać i się poprzytulać. Gdy zabieram mu pierś to płacze, gdy odkładam go po odbiciu też wrzask. A co najlepsze to nie chce spać, a jak uśnie to się szybko budzi. Woli leżeć z szeroko otwartymi oczętami i oglądać świat :) Na szczęście przynajmniej przy tym nie płacze tylko grzeczniutko sobie leży. No więc co jest z moim maleństwem? Skok rozwojowy... Czyli kolejna trudność dla matki, którą trzeba przeczekać. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że każdy dzień to kolejne kroczki do coraz większego rozwoju i wspaniale jest to obserwować :)
niedziela, 29 czerwca 2014
Czas na zmiany :)
Skąd te zmiany? Sama nie wiem :) Może dlatego, że życie zmienia się diametralnie gdy w domu pojawia się maleńki skarb - dziecko. Skoro zmienia się życie to i blog o życiu musi nabrać innych barw. Mój na dodatek zmienił adres i nazwę, więc...
Witajcie w Chochlikowie :)
Chochlikowo, to takie miejsce gdzie ludzie żyli sobie kiedyś powoli i spokojnie i nagle, z ukrycia wyszło małe stworzonko i przekręciło świat do góry nogami. Takim stworzonkiem jest właśnie mój Michałek, którego pewnego razu nazwałam chochlikiem, i tak już zostało. A czemu tak go nazwałam? Bo gdy przystawiłam go kiedyś do piersi, bo bardzo płakał (a okazało się, że chciał się tylko pobawić, a nie jeść) to spoglądał na mnie takim śmiesznym chochliczym wzrokiem :) Stąd nowa nazwa bloga, która mam nadzieję trochę Was rozśmieszy i zaciekawi, pokazując nasze wesołe życie, które jakoś nagle przestało być takie spokojne, a zmieniło się w królestwo małego chochlika ;)
czwartek, 19 czerwca 2014
To już 5 tygodni!
Niewiarygodne jak ten czas leci. W sobotę mój synek skończył miesiąc, a wczoraj minęło nam 5 tygodni. Ileż to się działo w tym czasie... Pierwsze dwa tygodnie były ciężkie, bo trzeba było się nauczyć dziecka i nowego życia. Potem maluszek zmieniał się z każdym dniem, żeby przez ostatnie dwa tygodnie pokazać, że świat interesuje go tak bardzo, że wcale nie ma zamiaru spać, tylko będzie leżał godzinami i się przyglądał na co się da. Próbował nawet walczyć ze zmęczeniem i zamykającymi się oczkami. Dziś nareszcie wrócił do dawnych nawyków i właśnie ucina sobie trzecią drzemkę. Każda taka drzemka to dwie godziny tylko dla mamusi ;) A potem głodomorek przysysa się do piersi. Chyba właśnie ma etap nagłego wzrostu bo potrafi zjeść z "trzech" cyców przy jednym karmieniu :D A co umie poza tym? Kręcić się w nocy w łóżeczku, tak, że czasem znajduję go ułożonego w poprzek :) Przekręca się z plecków na bok i odwrotnie. Leżąc na brzuszku umie przełożyć główkę na drugą stronę. Niestety nie znosi leżeć na brzuszku więc nie możemy za bardzo ćwiczyć tej umiejętności. Po prostu po chwili się złości i płacze, aż go potem trzeba bardzo przytulać, żeby się uspokoił. No i najważniejsze na co teraz czekam to pierwszy świadomy uśmiech. Wprawdzie usteczka już się do uśmiechu układają na mój widok, ale to takie jeszcze niepełne :) A najbardziej podoba mi się jak leżę obok niego, mówię coś, a w jego oczach widzę: "O, cycki przyszły!" I od razu język na wierzch. No cóż, typowy facet ;)
piątek, 6 czerwca 2014
14 maja 2014 - ten jeden wyjątkowy, przełomowy dzień :)
No i stało się. Naprawdę jestem mamą... Minęły już 3 tygodnie, a ja wciąż nie mogę uwierzyć. Patrzę na mojego synka i myślę jakie to wszystko niezwykłe i jak bardzo jestem szczęśliwa. I jak wyjątkowy był ten jeden dzień:
Zaczęło się w
nocy z wtorku na środę (13 na 14 maja) o godzinie drugiej. Poczułam
pierwsze skurcze pojawiające się co 10 minut. Nie do końca byłam pewna,
czy to już to… Około 8 postanowiłam wziąć kąpiel. Wtedy skurcze się
rozregulowały i w końcu zniknęły. Lekko zawiedziona położyłam się spać.
Mąż jednak na wszelki wypadek wziął tego dnia wolne i został ze mną w
pogotowiu. Po części byłam nawet zła, że to pewnie były tylko
przepowiadacze i mąż zmarnuje dzień urlopowy… Ale zaczęło się… o 13-ej
powróciły skurcze. Najpierw co 20 minut, potem co 15, co 10… Przy
skurczach co 9 minut, około 16-ej mąż postanawia, że wiezie mnie do
szpitala. Trochę się opierałam, ale w końcu uległam. Bóle krzyżowe
męczyły mnie bardzo i chciałam się dowiedzieć czy to już to. Na izbie
przyjęć na ktg złapały się dwa skurcze, rozwarcie 1,5 cm. Pani doktor
powiedziała, że nie można jeszcze jednoznacznie stwierdzić czy te
skurcze nie wygasną, a że mieszkam 10 minut od szpitala, odesłała mnie
do domu, żebym „nie kwitła niepotrzebnie na porodówce”. No to wróciłam i
miałam się obserwować… Skurcze jednak nie znikały, bolało bardzo i
coraz częściej. Nie byłam w stanie liczyć czasu pomiędzy skurczami, ta
robota spadła na męża. Pomiędzy skurczami usypiałam na siedząco, bo
tylko w tej pozycji ból był znośniejszy. Przez ponad półtorej godziny
skurcze były co 5-6 minut, a ja nie widziałam żadnego plamienia, wód
płodowych, nawet czop nie odszedł. Dlatego nie mogłam uwierzyć w to, że
to już się dzieje. Ciągle myślałam, że to przepowiadacze. Mąż się uparł i
zawiózł mnie o 21 do szpitala. Tam na ktg było już wyraźnie widać, że
coś się dzieje. Zmierzono mi biodra, usłyszałam: „idealne”. Rozwarcie 4
cm i decyzja: „przyjmujemy panią na oddział”… Z jednej strony ulga: nie
odsyłają mnie, rodzę… z drugiej strony lęk: co teraz? Czy dam radę? Na
jednoosobowej sali porodowej miła położna i wielkie łóżko. Podłączyli
mnie do ktg, podali oksytocynę (nie wiem w sumie po co). Leżałam na boku
i czekałam na kolejne skurcze. Mąż był ciągle przy mnie. Położna mnie
zbadała i okazało się, że nie mam 4 cm rozwarcia tylko już 6. Lekarka
musiała źle zmierzyć. W międzyczasie „przemiła” pani wypytywała mnie o
jakieś szczegóły typu pierwsza miesiączka itp. Okropnie mnie to
wkurzało, bo w czasie skurczu nie mogłam nic mówić, a babka miała
przecież moją kartę ciąży, a i tak niecierpliwie domagała się kolejnych
odpowiedzi na pytania. Na szczęście nie było ich dużo. Skurcze były
coraz silniejsze. Położna kręciła się w pobliżu, ale dawała mi taką
pewną przestrzeń prywatności. Mąż siedział przy mnie, trzymał za rękę,
głaskał po głowie i uspokajał, zwłaszcza przy skurczu. Był dla mnie
ogromnym wsparciem, a bolało coraz bardziej… Za każdym razem gdy czułam,
że zbliża się skurcz, załamywałam się, że znowu będzie bolało. Ale o
dziwo… dałam radę. W końcu usłyszałam od położnej: „jeszcze 3 skurcze i
próbujemy przeć”. Zwyczajnie się na to ucieszyłam. Odliczałam… jeden
skurcz, drugi i zaraz koniec. Minął trzeci skurcz, czułam już spore
napieranie główki. W końcu dostałam „pozwolenie” na parcie. Byłam
zmęczona, ale dawałam z siebie wszystko. Mąż, pomimo wcześniejszych
ustaleń, że raczej przy samym parciu wyjdzie z sali, żeby nie zemdleć…
został ze mną. Jeden skurcz, drugi… „bardzo ładnie pani Karolino” –
słyszę – "już widać główkę". No i nareszcie o 23:05 usłyszałam płacz,
mój wielki brzuch zniknął, przestało boleć… Położna wytarła mojego
synka, dała mu 10 punktów i położyła go na mnie. Poczułam to małe ciałko
na swoim brzuchu, potem na piersi jak natychmiast zaczął ssać. Nic mnie
już nie interesowało. Łożysko wyszło w całości, podobno bardzo ładne.
Miałam pęknięcie 2-go stopnia, więc męża wyproszono z sali, a mnie
trochę zszywano. A ja tylko patrzyłam na mojego synka. Potem mieliśmy
już czas tylko dla siebie. Mąż wrócił, uprzednio obdzwaniając wszystkich
członków rodziny, i spędziliśmy mnóstwo czasu tylko we troje.
Szczęśliwi. Ze szpitala wyszłam w sobotę, przyjechała moja mama (z
drugiego końca Polski) i przez dwa tygodnie pomagała mi wszystko ogarnąć
sama ciesząc się wnukiem.
Mój synek jest grzeczniutki. Pięknie je, dużo śpi, prawie nie płacze.
Wymarzone dziecko. No i oczywiście jest najpiękniejszy na świecie, a ja
jestem najszczęśliwszą mamą :)
środa, 7 maja 2014
Ostatnie dni.
Za mną już 39 tygodni i 4 dni. Do terminu porodu zostały 3 dni, a ja wcale tego nie czuję :) Bardzo bym chciała, żeby synek już pojawił się na świecie i wydaje mi się, że psychicznie i jakoś podświadomie czuję, że to już zaraz się stanie, ale to pewnie tylko moje marzenia, a na spotkanie w dzieciaczkiem trzeba będzie jeszcze poczekać. Terminy według badań usg wahają się od 10 do 15 maja. Ale wiadomo, że te wszystkie daty są tylko orientacyjne. Na razie siedzę i czekam i zastanawiam się czy nie zgłosić się na ochotnika do mycia okien... w całym bloku :D Ale niestety, nie da się przyspieszyć. Wszystko musi pójść naturalnie :) Najważniejsze, że wszystko jest w normie, ciąża książkowa, a jak lekarz zobaczył zapis ktg, które miałam robione w poniedziałek to powiedział, że jest piękne i że chce takich więcej :) Zupełnie nie mam na co narzekać. Przez całą ciążę przeszłam leciutko, bez problemów... No dobra... W niedzielę uciekłam z kościoła, bo było mi słabo i musiałam wrócić do domu i się położyć. I tyle. A teraz się tylko uśmiecham, bo synek właśnie mi się w brzuchu rozpycha :) Już wiem, że to będzie bardzo żywe dziecko i nie da mi się nudzić :)
Mam nadzieję, że to już ostatni post pisany przed porodem. Ale tego nie można być pewnym. Za to pewne jest, że wkleję już ostatnie ciążowe zdjęcie mojego wystającego wanciołka ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



