Tak, oficjalnie podaję do wiadomości, choć powinnam to zrobić dawno temu: znów jestem w ciąży! I to już za połową, dokładnie w 24 tygodniu. Wiem, że wiele miesięcy mnie tu nie było, ale tak dużo nam się dzieje w życiu, że ciężko nadążyć i spisać to wszystko. Dlatego też dziś post krótki, ale treściwy, a wkrótce mam nadzieję, że w końcu ruszę z tymi wszystkimi postami, które mam zapisane w głowie ;) Ale teraz zajmuję się rzeczami typowo przyziemnymi, jak na przykład przeprowadzka do Wrześni (pod Poznaniem) gdzie mąż dostał nową pracę. Zawirowań przy tym jest sporo i wciąż jeszcze nie wiemy kiedy dokładnie się przenosimy. W międzyczasie biegam za swoim małym chochlikiem Michałkiem, którego jest wszędzie pełno, w końcu ma już 2 lata i 4 miesiące i jak na ten wiek przystało, niesamowicie dokazuje ;) No i oczywiście oprócz tego chodzę regularnie na wizyty do ginekologa. Tydzień temu dowiedziałam się w końcu, że noszę pod sercem córeczkę! Śmiałam się już jakiś czas temu, że córeczka byłaby dla mnie, a synek dla Michałka ;) Najważniejsze było jednak dla mnie, żeby dziecko było zdrowe i taką informację uzyskałam. To mnie cieszyło najbardziej. A płeć? Mam wrażenie, że obcych ludzi i resztę mojego otoczenia bardziej cieszy ta dziewczynka niż mnie ;) Pewnie dlatego, że wszystkim się wydaje, że musi być w rodzinie "parka". Tak jakby na dwójce miało się już na zawsze skończyć i jak jest dwóch chłopaków to już tragedia ;) Ja tam trzeciego chochlika nie wykluczam, ale to już plany na daleką przyszłość ;) Obecnie cieszę się, że jest córcia, a jak się na kolejnym USG nagle okaże, że chłopak to też będę szczęśliwa, o! :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 września 2016
środa, 7 maja 2014
Ostatnie dni.
Za mną już 39 tygodni i 4 dni. Do terminu porodu zostały 3 dni, a ja wcale tego nie czuję :) Bardzo bym chciała, żeby synek już pojawił się na świecie i wydaje mi się, że psychicznie i jakoś podświadomie czuję, że to już zaraz się stanie, ale to pewnie tylko moje marzenia, a na spotkanie w dzieciaczkiem trzeba będzie jeszcze poczekać. Terminy według badań usg wahają się od 10 do 15 maja. Ale wiadomo, że te wszystkie daty są tylko orientacyjne. Na razie siedzę i czekam i zastanawiam się czy nie zgłosić się na ochotnika do mycia okien... w całym bloku :D Ale niestety, nie da się przyspieszyć. Wszystko musi pójść naturalnie :) Najważniejsze, że wszystko jest w normie, ciąża książkowa, a jak lekarz zobaczył zapis ktg, które miałam robione w poniedziałek to powiedział, że jest piękne i że chce takich więcej :) Zupełnie nie mam na co narzekać. Przez całą ciążę przeszłam leciutko, bez problemów... No dobra... W niedzielę uciekłam z kościoła, bo było mi słabo i musiałam wrócić do domu i się położyć. I tyle. A teraz się tylko uśmiecham, bo synek właśnie mi się w brzuchu rozpycha :) Już wiem, że to będzie bardzo żywe dziecko i nie da mi się nudzić :)
Mam nadzieję, że to już ostatni post pisany przed porodem. Ale tego nie można być pewnym. Za to pewne jest, że wkleję już ostatnie ciążowe zdjęcie mojego wystającego wanciołka ;)
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Ależ to się ciągnie... ;)
Dwie kreseczki na teście były niesamowitym wydarzeniem, ale perspektywa 9-ciu miesięcy oczekiwania była trudna do zniesienia. Chociaż właściwie test wykonałam w drugim miesiącu więc czekania zostało osiem... ale i tak myślałam, że będzie mi się to okropnie dłużyć. Z przymrużeniem oka słuchałam opinii koleżanek i rodziny, że "zobaczysz jak Ci zleci"... No dobra, miały baby racje :D Zleciało bardzo szybko, najszybciej przy kompletowaniu wyprawki. Jednak teraz, gdy już wszystko gotowe, porozkładane, uprane i poskładane, a torba do szpitala leży spakowana to się zaczęło najdłuższe czekanie. Zaczęłam właśnie 39 tydzień, więc przynajmniej mam już pewność, że maluszek nie będzie wcześniakiem. Lekarz po badaniu uznał, że powinno się wszystko w terminie zacząć. Termin mam wprawdzie wyliczony na 10 maja, ale ja sobie upatrzyłam albo 8 maja (dzień objawień św. Michała Archanioła) , albo 13 (objawienia w Fatimie) i tak się z Michałkiem umawiam. Zobaczymy co ona na to ;) Oczywiście te daty są wyjątkowe, ale nie jedyne i kiedy się nie urodzi to będzie wspaniale :) Chociaż coś czuję, że się trochę przenosimy. A to czekanie do terminu, a potem po terminie to najdłuższe czekanie w życiu. Nawet skurcze przepowiadające jakoś się słabo u mnie pojawiają. Mam wrażenie, jakbym w ogóle miała nie urodzić, bo nic nie czuję. Maluchowi jest chyba dobrze w brzuchu, ale ja mam już trochę dość tego rozpychania. Upatrzył sobie codziennie pomiędzy 21 a 22 walkę z miejscem w brzuchu. Naciska nóżkami, pupą i głową gdzie tylko się da, tak, że raz podskakuję a raz się zginam w pół. Dla niego to chyba zabawa, ale ja nie powiem, żebym się świetnie bawiła ;) No, ale przecież synkowi się wszystko wybaczy. Bardzo chciałabym już mieć go przy sobie. Czekam na skurcze jak na... ślub... :) Tak, do tego bym to porównała. Jeden z najszczęśliwszych dni w życiu. Najpierw czekałam na dzień ślubu, a teraz na dzień narodzin synka. I chociaż czasem nachodzą mnie myśli w stylu: "jak ja sobie poradzę?" które mnie troszkę przerażają, to czekam na to maleństwo i czekam i dlatego tak mi się to wszystko ciągnie i nie mogę wytrzymać, żeby do terminu doczekać :) No cóż, teraz już i tak bliżej niż dalej więc nic tylko się cieszyć :)
wtorek, 15 kwietnia 2014
9 miesiąc, czyli wicie gniazda, pakowanie torby i rocznica.
Witam w 9 miesiącu ciąży :) To już 37 tydzień, więc już niedługo moje maleństwo będzie na świecie. Z tego to właśnie powodu jakieś dwa tygodnie temu zaatakował mnie syndrom wicia gniazda. Początkowo trochę śmiałam się z tego określenia i uważałam, że to tylko wymysł, ale w pewien sposób i mnie to dotknęło. Miałam swoją wizję wyglądu mieszkania, szykowałam wszystko jak ptasia mama na przyjście na świat dziecka. Punktem kulminacyjnym okazało się dostarczenie przez kuriera wózka, potem komody, a parę dni później łóżeczka. No i się zaczęło. Najpierw pranie i prasowanie malutkich ubranek i układanie w nowej komodzie, potem jeżdżenie po mieszkaniu wózkiem, tylko dla frajdy, ale z pasażerem (ale o tym później ;) ) Następnym punktem stało się zapakowanie wszystkich rzeczy do torby szpitalnej i egzamin dla męża. Musiałam przecież biedakowi wytłumaczyć co jest czym, żeby mi zamiast podkładów poporodowych nie przyniósł pampersów czy coś ;) Bo oczywiście wszystko mi się do torby nie zmieściło, więc wzięłam wszystkie potrzebne rzeczy w częściach bo wiem, że w każdej chwili mąż mi doniesie co trzeba. A skoro już przy mężu jesteśmy to wspomnę przy okazji o tym, że w niedzielę obchodziliśmy pierwszą rocznicę ślubu :) I chociaż troszkę nam pogoda plany popsuła to i tak spędziliśmy razem wspaniały dzień. Jedną z atrakcji jaką sobie zafundowaliśmy była wizyta w Muzeum mydła i historii brudu... :) Wiem, dziwaczny pomysł jak na rocznicę, ale my nie jesteśmy tak do końca normalni ;) No i wynieśliśmy z muzeum wspaniałą pamiątkę, bo każdy z odwiedzających robi tam swoje własne mydełko. Nasze wyglądają tak:
No, ale wróćmy do mojego wicia gniazda ;) Ostatecznie wydaje mi się, że wypełnił się jego sens przy przemeblowaniu salonu. Oczywiście wszystko musiało być "po mojemu" Nie przyjmowałam żadnego sprzeciwu i choćby nie wiem co to wszystko miało stać właśnie tak jak sobie wymyśliłam. Mąż miał ze mną niezłą jazdę. Na szczęście ostatecznie okazało się, że moje rozstawienie mebli się sprawdza, daje wrażenie większej przestrzeni no i jest gdzie postawić wózek, żeby nie przeszkadzał. Sypialnia już z łóżeczkiem też została ustawiona według tego co ja chcę :) I wyszło dobrze. Wszystko się mieści, a ja się nie pożarłam z mężem. Uznaję wicia gniazda za udany proces ;)
Na koniec kilka fotek, cobym się mogła pochwalić co dla swojego szkraba przygotowałam ;)
1. To jest nasz wózeczek:
Jak widzicie, co zdjęcie to inny kolor ;) W rzeczywistości jest szary a dół gondoli w kropki :)
2. A to nasz pierwszy pasażer :D Co najdziwniejsze, wcale nie uciekał podczas jazdy :)
Przy kolejnej okazji pomagał przy pakowaniu torby do szpitala :D
3.Łóżeczko (w zestawie mamy jeszcze baldachim, ale nie jest potrzebny, bo do sypialni akurat słońce nie zagląda :) )
4. A to początek mojego dzieła. Kupiłam sobie drewniane pudełko na rzeczy do pielęgnacji maluszka, takie które muszę mieć pod ręką. Miało być obklejone, ale postanowiłam dopasować je do pościeli i tak pojawiły się na nim sówki :) Na razie pomalowałam tylko dwie ścianki. Reszta czeka, aż się więcej czasu znajdzie ;)
Aha, no i na koniec mój brzuszek. W kółko słyszę, że "jejku, jaki mały" ale taka już moja uroda :)
poniedziałek, 31 marca 2014
Po prostu położna.
Dzisiaj post informacyjny. Chcę poruszyć pewną sprawę dotyczącą położnej środowiskowej. Ale po kolei. 15 lutego byłam na bezpłatnych warsztatach organizowanych przez kampanię fundacji Siostra Ania - "Po prostu położna" I dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ciężarne "od 21. tygodnia ciąży raz w tygodniu, a od 32. tygodnia ciąży dwa razy w tygodniu mogą korzystać z bezpłatnych spotkań edukacyjnych z położną,
podczas których zapewni im ona między innymi emocjonalne wsparcie, przygotuje do porodu, pomoże w opracowaniu planu opieki okołoporodowej oraz rozwieje wątpliwości związane z porodem." Na nfz przysługują nam z tego co pamiętam cztery takie spotkania. Jeśli chcemy więcej, trzeba pytać położną co i jak bo kolejne są już płatne. Lekarze nie informują niestety o tym, że mamy taką możliwość więc musimy te informacje przekazywać sobie same. Stąd pomysł na ten post :)
Jak wiadomo, po porodzie, świeżo upieczoną mamę odwiedza położna środowiskowa, przydzielona z rejonu, z przychodni w której jesteśmy zapisane. Są jednak kobiety, które z taką położną się nie dogadują, nie pasuje im jej podejście czy cokolwiek. Wtedy mamy prawo taką położną zmienić. Dlatego warto jeszcze przed porodem spotkać się z położną środowiskową. Nie musi ona być z naszej przychodni, może być z drugiego końca miasta i jeśli podpisze z nami deklarację, to właśnie ona, mimo, że nie z rejonu, przyjeżdża do naszego maleństwa na wizytę patronażową. W ciągu roku możemy deklarację podpisać bezpłatnie (czyli dokonać zmiany) chyba dwa razy. Kolejna zmiana jest płatna. Ale dokładniej niestety nie pamiętam. Wiecie, to ciążowe roztargnienie ;)
Obecnie jestem w 35 tygodniu. Trochę późno się wzięłam za szukanie położnej biorąc pod uwagę, że wiem o tym od lutego, ale grunt, że w ogóle ;) Trochę przeszkodziły mi w tym różne wyjazdy i nieznajomość miasta, ale w końcu się udało. Jestem właśnie po pierwszym spotkaniu z położną z mojej dzielnicowej przychodni. Chciałam ją wybadać i sprawdzić czy chcę, żeby to ona do mnie przyszła po porodzie czy szukać innej położnej. I co się okazało? Że trafiłam na wspaniałą kobietę, otwartą, miłą, rozgadaną z wiedzą, którą potrafi przekazać i jeszcze zna mojego lekarza :) Pierwsze nasze spotkanie dotyczyło ogólnych informacji, zapoznania się, położna zwróciła uwagę na objawy które na moim etapie ciąży są normalne, a z czym powinnam się zgłosić na izbę przyjęć. Za tydzień będziemy rozmawiać o porodzie, skurczach i co i jak kiedy już się zacznie ;) Na trzecim spotkaniu omówimy karmienie piersią itp. Także jestem mega zadowolona. Wiadomo, że na pojawienie się maleństwa nic nas tak naprawdę nie przygotuje bo wszystkiego musimy nauczyć się same. Nie ma instrukcji obsługi do naszego szkraba :) Dobrze jest jednak mieć taką doświadczoną osobę pod ręką jeszcze przed porodem dlatego zachęcam do takich spotkań. Zwłaszcza, że mamy do tego prawo :) Jedynym minusem tylko jest to, że takiej położnej nie ma z nami w trakcie porodu. Po pierwsze dlatego, że położne środowiskowe zajmują się wizytami u mamuś i noworodków w domach, a nie pracą w szpitalu. A po drugie, nawet jeśli pracują w szpitalu to według polskiego prawa, jeżeli nie są akurat na dyżurze to nie mają prawa być w szpitalu i przy naszym porodzie więc tak naprawdę nie istnieje w naszym kraju coś takiego jak prywatna położna. Może przy porodzie domowym, ale tego też nie wiem dokładnie.
W każdym razie, jakby nie było, warto poznać położną przed porodem, rozwiać jakieś swoje wątpliwości, zwłaszcza jeśli to nasza pierwsza ciąża, dowiedzieć się tego co wiedzieć powinnyśmy, a wtedy nie musimy się stresować wizytami położnej po porodzie, bo to już będzie nasza znajoma :)
No i na deser linki:
1. Strona fundacji: http://www.siostraania.pl/
2. Strona kampanii: http://www.poprostupolozna.pl/index.html
a) lista położnych wspierających kampanię (różne województwa): http://www.poprostupolozna.pl/polozne.html Położnych można również szukać przez stronę nfz: https://zip.nfz.gov.pl/GSL/GSL/POZ
b) dokumenty dotyczące opieki okołoporodowej i przede wszystkim deklaracja, którą spisujemy z wybraną położną: http://www.poprostupolozna.pl/dokumenty.html
No i to by chyba było wszystko. Jeśli to czytasz, a masz znajomą ciężarówkę, przekaż jej tę informację. Najprawdopodobniej nie ma ona pojęcia, że ma możliwość poznać swoją położną środowiskową jeszcze przed porodem. Uświadom ją. Niech informacja idzie w świat ;)
czwartek, 30 stycznia 2014
Przegląd szafy ;)
Znacie to powiedzenie: "Jestem nieszczęśliwa. Nie mam się w co ubrać i jeszcze mi się szafa nie domyka"? Otóż właśnie tak jest w moim przypadku :D Mam szafę pełną ubrań, przeróżnych spódnic, bluzek, sweterków itp i kompletnie nie mam co na siebie włożyć :) Rosnący brzuszek sprawił, że pożegnałam swoje ulubione spódnice, bluzki odłożyłam na bok, bo zrobiły się za krótkie, podobnie jak sweterki. Jedyne co jeszcze się nadaje do założenia to sukienki. Oczywiście tylko te, które nie były obciśnięte. Wszelkie dzianinowe sukienki przeżyły :) A dla mnie przyszedł czas na wydanie pieniędzy. Ponieważ jestem raczej oszczędna, omijam szerokim łukiem wszystkie sklepy z odzieżą ciążową. Nie stać mnie na to, żeby płacić za ubranie dwa razy więcej tylko dlatego, że jest z dopiskiem "ciążowe". Moim ulubionym elementem garderoby stały się więc leginsy wszelkiego rodzaju i kolorów. Są wygodne i nie uciskają brzucha. Do tego jakaś tunika i do przodu ;) Dzięki temu czuję się świetnie i portfel nie cierpi ;)
Obecnie kończę 26 tydzień ciąży i mój synek skacze po mnie coraz mocniej :) Czasem widać to nawet przez ubranie ;) Coraz częściej zdarza mi się mówić do niego. Jak nie mogę się doczekać jego narodzin! Na razie jednak mogę tylko patrzeć na brzuszek, głaskać i czasem drapać się po nim ;) A tak właśnie ten brzuszek wygląda:
![]() |
| Z dedykacją dla Anety ;) |
A teraz troszkę o szafie mojego maleństwa ;) Na razie nie jest zbyt bogata. Są w niej 3 (słownie: trzy) rzeczy :D Jak tylko się dowiedziałam, że to na 100% syn, natychmiast zamówiłam dla niego przecudne ubranko:
Także mój synuś ma już swój pierwszy garnitur ;)
Szczerze mówiąc, zamówiłam to ubranko na allegro z mieszanymi uczuciami. Bałam się, że za te 20zł (już z przesyłką) kupuję kota w worku, ale bardzo miło mnie zaskoczyło to, co zobaczyłam, ponieważ ubranko jest bardzo milutkie w dotyku i pięknie wykończone. To była dobra decyzja, zwłaszcza, że te body są dość spore więc będą w sam raz na lato :)
Oprócz garniturka mamy jeszcze dwa bodziaki. Pierwszy kupiłam na promocji w Tesco, a drugi nasz synio dostał od mojej cioci.
| ;) |
piątek, 11 października 2013
W ciąży? To dziękujemy.
Po studiach zaczęłam szukać pracy i po studiach zaszłam w ciążę. Tak mi się to jakoś zgrało. Pomyślałam, że dobrze byłoby sobie przez te parę miesięcy coś chociaż dorobić, odłożyć. Zwłaszcza, że przy dziecku wydatki szybko rosną. Pojawiło się we mnie jednak wewnętrzne przekonanie, że to bez sensu. Kto przyjmie kobietę w ciąży? Wyjścia są dwa. Przez jakieś pierwsze dwa miesiące udawać, że nic mi o ciąży nie wiadomo i chodzić na rozmowy kwalifikacyjne i zapewniać jakim się będzie dobrym pracownikiem. A potem po miesiącu pracy przynieść zaświadczenie o ciąży z miną "Nic nie wiedziałam wcześniej" albo "Nie musiałam wam mówić, moja sprawa." No tak... Nie ma obowiązku informowania o swoim stanie zdrowia gdy szuka się pracy. Ale gdzieś w głowie wciąż pojawiają się te myśli, że w jakiś sposób oszukujesz potencjalnego pracodawcę. Sumienie podpowiada "Bądź szczera, nie ukryjesz tego za długo, a nawet na pierwszych badaniach do pracy może coś wyjść na jaw. Co wtedy pomyśli pracodawca? Jak cie potraktuje? Zawiedzie się na tobie, czy uwierzy, że nic nie wiedziałaś?" Drugim wyjściem jest po prostu szczerość i postawienie sprawy jasno już na samym początku. Wiesz jednak dobrze, że gdy powiesz prawdę to wszyscy się ładnie uśmiechną, porozmawiają jeszcze o pracy, powiedzą, że zadzwonią i tyle. Tylko w sporadycznych przypadkach ktoś decyduje się zatrudnić kobietę w ciąży. Z drugiej strony, czy można się aż tak dziwić? Pracodawca szuka kogoś kto będzie dla niego pracował raczej dłużej niż krócej. Kobietę w ciąży przeszkoli przez 2-3 miesiące na stanowisko, a za kolejne 3-4 ona zniknie z pracy, a on będzie musiał szukać od nowa i szkolić kogoś nowego. I tak źle i tak niedobrze. W moim przypadku na szczęście i na nieszczęście nikt się nie odzywa, choć CV wysłałam sporo. W kilku miejscach od razu wspomniałam, że jestem w ciąży i może dlatego nie ma żadnej reakcji. Mniejsza o to. Mąż zarabia i spokojnie damy sobie radę. Szkoda mi jednak tych kobiet, które są samotne. Co one mają zrobić? Z zasiłku nie utrzymają siebie i dziecka. Jedne mogą liczyć na pomoc rodziców, inne nie. A Polska jest taka jaka jest - "prorodzinna"... Czyli lepiej jak nie masz i nie chcesz mieć dzieci. Niestety.
Tak więc zrezygnowałam z szukania pracy. Jeśli ktoś się odezwie bo dostał moje CV to powiem od razu o co chodzi. Przyjmie mnie to ok, nie to nie. Dobrze mi w domku, mam mnóstwo czasu dla siebie, na czytanie książek. Zwłaszcza w okresie jesiennym kiedy znów mogę patrzeć przez okno na kolorowe liście drzew, wiatr i słabe słońce, a sama siedzieć pod kocykiem, z dużym kubkiem gorącej herbaty z cytryną i grubą książką. A na pracę jeszcze przyjdzie czas ;)
Albo dobra... Pochwalę się... Na razie zajęłam się kosmetykami. Zostałam sobie konsultantką Oriflame. Spotykam nowych ludzi, korzystam z profitów i mam nadzieję na dodatkowych kilka złotych co miesiąc... na nowe kosmetyki ;) Pracą bym tego nie nazwała, ale jest to zawsze jakieś miłe zajęcie, na którym mogę zyskać, ale nic nie tracę. I najważniejsze! Nikomu nie przeszkadza to, że jestem w ciąży! Sama jestem sobie szefem. Zainteresowanych zapraszam na mojego bloga :) http://kosmetykizielonymokiem.blogspot.com/ No i niechcący wyszła mi reklama... Ha ha... :D
czwartek, 3 października 2013
Mamusiu, jestem tu!
Właśnie wróciłam z wizyty u ginekologa. Była wyjątkowa! Najpierw lekarz założył mi kartę ciąży, popytał o różne rzeczy, zbadał, a potem nareszcie nadszedł czas na usg. Ponieważ jestem w trakcie 9 tygodnia ciąży usg miałam robione przez powłoki brzuszne. Położyłam się, lekarz mi wszystko wytłumaczył, pokazał monitor i włączył obraz. Natychmiast zauważyłam malutką kruszynkę. Od razu rozpoznałam główkę i kończyny. Leżało sobie takie malutkie i spokojne. Lekarz pokazał mi w którym miejscu bije serduszko. Zauważyłam regularne i szybkie jego bicie i w tym momencie dzidziuś zaczął się wiercić i machać łapkami. To było dla mnie najpiękniejsze. Zapytałam lekarza czy mogę posłuchać bicia serca. Zaproponował, że przełożymy to na następną wizytę, żeby maluszka nie męczyć. Podobno trzeba by do tego wysłać jakieś dodatkowe promieniowanie i wolałam z tego na razie zrezygnować. Dostałam dwie pierwsze fotki mojego dzieciątka i z ogromną radością na nie patrzę. Gdy pokazałam je mężowi, widziałam jak się cieszy. To naprawdę wyjątkowe kiedy można zobaczyć jak to maleństwo się w nas rozwija, że naprawdę tam jest, że się rusza. Nie da się tego opisać. Na razie jeszcze nie do końca to do mnie dociera, ale myślę, że z czasem przyzwyczaję się do tej myśli, że ta kruszynka, którą widziałam na ekranie naprawdę jest pod moim sercem :)
"A oto ja :)
Mam 8 tygodni i 2 dni i prawie 18 mm. Mówią, że mam się urodzić 10-go albo 13-go maja 2014... A ja Wam powiem, że wyjdę jak będzie mi się podobało :P "
środa, 25 września 2013
O pobieraniu krwi i wesołym personelu ;)
Dziś rano odwiedziłam laboratorium w celu wykonania podstawowych badań w pierwszym trymestrze ciąży. Według zaleceń lekarza mam mieć zrobione takie badania jak:
- grupa krwi,
- morfologia,
- glukoza,
- mocz,
- HBsAg (wirusowe zapalenie wątroby typu B),
- USR (podobne VDRL - kiła),
- TSH (hormon tyreotropowy - strażnik tarczycy),
- Toxo-M,
- Toxo-G (Toksoplazmoza).
Tak naprawdę to niewiele mi to mówi i niewiele na ten temat wiem. Cieszę się tylko, że lekarz sam zlecił badanie na toksoplazmozę. Wiem, że nie wszyscy przywiązują do tego wagę, a to ważne badanie. I tak, wiedząc, że niektóre wyniki mogą pojawić się parę dni później, postanowiłam dzisiaj wybrać się na pobór krwi. To było moje pierwsze doświadczenie, nigdy wcześniej (może w dzieciństwie, tego nie pamiętam) nie pobierano mi krwi. Dla dodania sobie otuchy zabrałam ze sobą męża. Zarejestrowałam się, zostawiłam pojemniczek z moczem i stanęłam, w niedużej, kolejce. Przede mną były ze trzy osoby. Trochę się denerwowałam. W międzyczasie dowiedziałam się od pani z rejestracji, że wyniki (poza grupą krwi) będą już dziś po 17. Ale pójdę po nie jutro. I tak stanęłam przed tymi drzwiami z duszą na ramieniu... Niby widoku krwi się nie boję (tylko widoku igieł wbijanych pod skórę) ale kto wie, czy nie zemdleję. Mąż oczywiście miał miękkie nogi mimo, że to nie jego kuli ;) Siadłam na przerażającym białym fotelu. Pani ze strzykawą nie była zbyt miła. Gdy zobaczyłam jak bierze igłę, odwróciłam wzrok. Postanowiłam rozluźnić atmosferę i pytam:
- Uwierzy pani, że nigdy nikt mi krwi nie pobierał?
- Nie może być! A w dzieciństwie?
- Tego nie pamiętam zupełnie. Tak na "trzeźwo" to nigdy.
(W tym czasie przyszła jakaś inna pani)
- A co?
- A, mówię, że nigdy mi krwi nie pobierali.
- A to wierzę, jak nie ma potrzeby to tak się zdarza. Ale przyjdzie taki czas, że będą pani co miesiąc krew pobierać, jak będzie pani w ciąży.
- No to ja właśnie jestem w ciąży.
- A! No to widzi pani, to witamy. To się teraz zacznie! Gratulujemy! Będziemy się teraz częściej widywać.
(Krew pobrana, ręka zaklejona)
- To już? - pytam
- Już.
- To mąż przy każdym pobieraniu mdleję, a ja nic.
- A bo to faceci to inny kaliber. Oni tak zawsze. Dlatego to my rodzimy!
I tak ze śmiechem wyszłam z gabinetu. Panie okazały się niezwykle miłe, a pobieranie krwi nie takie straszne ;) Po wyjściu, mąż polecił mi jeszcze na chwilę usiąść, żebym nie zemdlała. W tym czasie na moment wyszła jedna z tamtych pań, skierowała się w stronę rejestracji, a jak nas zobaczyła to mówi do mojego męża:
- Pana żona powiedziała, że następnym razem to pan oddaje krew za nią ;)
- Jasne - odpowiedział mąż - tylko nie wiem jak mnie panie będziecie zbierać z podłogi ;)
Tak to było. Wesoło i całkiem szybko. Teraz czekamy na wyniki. Oby wszystkie były w normie.
Edycja: 26.09.2013
Już wiem co jest najgorsze w pobieraniu krwi. Odrywanie plastra z miejsca kucia... ała.
Odebrałam wyniki. Wszystko w normie. Jestem okazem zdrowia ;)
piątek, 20 września 2013
"Dzienniczek ciąży"
Dzisiaj będzie nieopłacona reklama. Żarcik ;) Będzie recenzja pewnego, nazwijmy to, gadżetu. Jako, że jestem straszną gadżeciarą i uwielbiam wszelkiego rodzaju rzeczy do chomikowania, zapisywania i tworzenia pamiątek, jak tylko znalazłam w internecie "Dzienniczek ciąży", to od razu pierwsza myśl: "Jak ja to chcę!" ;) No i tak się okazało, że mój kochany mąż uznał, że zamówi mi dzienniczek w prezencie urodzinowym. Czekałam na niego kilka dni (poczta polska... grr...), aż wreszcie jest! Pierwsza myśl po otwarciu koperty: "Hmm... jaki mały..." :D Nie sprawdziłam na stronie internetowej wymiarów (a podane jak wół: 12 cm x 16,5 cm) ;) Taki format dzienniczka pozwala jednak na łatwiejsze z niego korzystanie. Jest poręczny, można go wrzucić do torebki, nawet tej mniejszej. Wszędzie się zmieści. Także, format jest dla mnie na plus!
Pokaż dzienniczku co masz w środku:
W dzienniczku jest miejsce na zapisanie... wszystkiego :) Od podstawowych informacji o przyszłej mamie, danych lekarza, przez zapisanie pierwszych myśli na widok pozytywnego testu czy relacji otoczenia na wieść o ciąży, do tego tabelki do zapisania kolejnych wizyt i zaleceń lekarza oraz badań i informacje o nich (czyli co w jakim okresie) a także rozwinięcia magicznych skrótów dotyczących badań, informacje o przygotowaniu wyprawki, czyli co wziąć do szpitala, aż do zwykłych kartek na notatki, adresy sklepów i innych ciekawych miejsc (czego moim zdaniem jest troszkę za dużo) oraz... pamiętnik ciąży. Najpierw pomyślałam... po co mi to? Tyle stron i bez pożytku. A potem przypomniałam sobie jak kiedyś zaglądałam do pamiętników pisanych w dzieciństwie. Jak miło było popatrzeć na te wspomnienia... No i się przełamałam :) Pierwsza strona pamiętnika już zapisana. Może kiedyś pokażę to mojemu maleństwu? ;) W "dzienniczku..." jest też miejsce na wklejenie pamiątkowego zdjęcia usg, a także pierwszego zdjęcia maluszka na świecie :)
+
- format,
- możliwość zapisania informacji na temat badań, kontaktu z lekarzem, adresu szpitala, wizyt, zaleceń lekarza itp.,
- możliwość zapisania własnych odczuć dotyczących poszczególnych, ważnych etapów tego wyjątkowego okresu,
- wyjaśnienie skrótów badań,
- tabelka z badaniami obowiązkowymi i zalecanymi w poszczególnych trymestrach,
- lista z rzeczami do szpitala,
- możliwość zapisania wszystkiego o czym pomyślimy (notatki, pamiętnik, wspomnienia pierwszych chwil, adresów www, sklepów itp.).
-
- notatki itp, rzeczy zajmują 3/4 "Dzienniczka ciąży" więc jak ktoś nie lubi tyle zapisywać to mógłby się w tym nie odnaleźć,
- brakuje mi więcej informacji na temat badań, na przykład podanych z wytłumaczeniem przykładowych wyników, tak, żeby nie trzeba było po ich odebraniu szukać w internecie i zastanawiać się co te cyferki oznaczają i czy to dobrze, czy źle.
I to by było wszystko na ten temat. Ogólnie "Dzienniczek ciąży" jest bardzo fajnym gadżetem dla kobiet,
które lubią zapisywać swoje myśli i chcą mieć wszystko w jednym miejscu,
uporządkowane. Ja jestem kimś takim, więc zakup tego "Dzienniczka..."
jest dla mnie strzałem w dziesiątkę.
[Uwaga! Mój post na temat "Dzienniczka ciąży" jest całkowicie subiektywny! Nie ma jednak na celu krytykowania go, czy szczególnego wychwalania. Jest tylko opinią użytkownika ;)]
niedziela, 15 września 2013
Sposoby na mdłości.
Poranne mdłości są czymś co spotyka praktycznie każdą kobietę, która zachodzi w ciążę. W moim przypadku pojawiły się one w szóstym tygodniu, ale to nie jest reguła. Podobno mają trwać przez cały pierwszy trymestr. Poczekamy, zobaczymy. Moje mdłości na szczęście są tylko poranne i nie kończą się w toalecie.
Być może tak właśnie reaguje mój organizm. Wiem, że u innych mdłości
mogą trwać cały dzień i dochodzą wymioty. Każda kobieta przechodzi ten okres inaczej i na każdą działa co innego. Ale ja napiszę, jak ja sobie z tym radzę, może komuś to coś pomoże :)
Codziennie rano po przebudzeniu natychmiast odczuwałam nudności. Dziś idąc za radą koleżanki (dzięki Anetko! :) ) od razu zagryzałam to lekkim pieczywem typu Wasa (dobre są też sucharki). Poleżałam chwilę i gdy wstałam, o dziwo przez jakiś czas nic nie czułam. Oczywiście później troszkę tego wróciło, ale na to mam swój sprawdzony od paru dni sposób - rumianek. Wcześniej myślałam o mięcie, ale ponieważ za nią nie przepadam, zaryzykowałam z rumiankiem. Pierwszy łyk był... dziwny. Nie byłam przyzwyczajona do tego zapachu i smaku, ale szybko się nauczyłam go pić i dziś już mi nawet smakuje :) Tak więc, codziennie rano popijam małymi łykami gorący rumianek i dzięki temu mdłości znikają i można spokojnie zjeść śniadanie. Niestety od czasu do czasu poczuję jeszcze później lekki ucisk w żołądku, ale nie jest to nic wielkiego. Po południu nie ma śladu po mdłościach. :)
Zachęcam do komentowania, jak Wy radziłyście sobie z mdłościami? A może Was to ominęło?
sobota, 14 września 2013
Błogosławieństwo
Mówi się, że kobieta w ciąży jest w stanie błogosławionym... I mnie nareszcie Bóg zesłał to błogosławieństwo. Mam w sobie nowe życie. Maleństwo rośnie z dnia na dzień, a mnie wypełnia coraz większa radość. Obecnie jestem na początku szóstego tygodnia, więc to jeszcze wcześnie. Za to trzy dni temu poznałam co to są poranne mdłości :D Na szczęście nie są zbyt uciążliwe. Przynajmniej wiem, że jestem w ciąży. Bo przecież brzuszka jeszcze nie widać, a już się nie mogę doczekać tego widoku :)
Cała nasza rodzinka jest szczęśliwa. Rodzice, ciocie, babcie... a najbardziej my :) A mnie sprawia ogromną radość informowanie najbliższych o tym cudownym wydarzeniu. Wspaniale jest dzielić z innymi taką radość i widzieć jak inni cieszą się razem z Tobą, gratulują, pytają o zdrowie, niektórzy pochlipują ze wzruszenia (mam na myśli babcie) :) Tej radości nie da się jednak opisać słowami.
Moje podekscytowanie sięga zenitu, dlatego post jest taki chaotyczny ;) Ale niedługo się wszystko uspokoi i unormuje, wtedy będę pisać spokojniej i bardziej regularnie :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)











